- Nie chciałbym snuć czarnych prognoz, ale zmniejszenie importu o 5,1% na pewno nie świadczy o ożywieniu konsumpcji wewnętrznej - mówi Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP. Już w styczniu sprzedaż zagranicznych towarów w Polsce nie szła najlepiej. W skali roku mieliśmy wprawdzie wzrost, ale mniejszy niż 1%. - Może to oznaczać powrót tendencji recesyjnych - twierdzi Ernest Pytlarczyk, analityk Banku Handlowego. - Nie wiem, jaki jest powód tak silnego spadku importu. Powinno się to wyjaśnić za miesiąc. Jeżeli lutowe dane się potwierdzą, będzie to oznaczać początek nowej, negatywnej tendencji. Ale równie dobrze może się okazać, że powodem lutowego spadku było tylko przesunięcie niektórych płatności - uważa Jacek Wiśniewski, szef działu prognoz i analiz w banku Pekao.
Według Ł. Tarnawy, kiepskie wyniki importu wskazują, że ciągle nie ma spodziewanego ożywienia w inwestycjach, które miały być główną siłą napędową gospodarki w tym roku. - Potwierdzają to fatalne dane o produkcji w budownictwie - mówi ekonomista. Według obliczeń GUS, w lutym produkcja budowlana zmniejszyła się w skali roku o prawie jedną czwartą. - Niepokojący jest też spadek popytu na dobra trwałego użytku, takie jak meble oraz sprzęt RTV i AGD, a także wolniejsza dynamika sprzedaży samochodów - twierdzi Ł. Tarnawa.
W opinii ekonomistów, spadek importu może być też efektem osłabienia złotego do euro, co powoduje wzrost cen sprzedawanych u nas towarów zagranicznych.
Pozytywnie analitycy oceniają natomiast wyniki eksportu. W lutym zwiększył się on rok do roku o 7,5%, a więc w stopniu większym niż w styczniu. Zwiększenie sprzedaży naszych towarów za granicą przy jednoczesnym spadku importu poprawiło nasz bilans handlowy. Deficyt zmniejszył się do 580 mln euro, z ponad 1,1 mld euro w styczniu. Skurczył się też deficyt w obrotach bieżących, do 517 mln euro, wobec zrewidowanych 704 mln euro miesiąc wcześniej.
Dane dotyczące naszych obrotów handlowych nie miały wczoraj większego wpływu na kurs złotego. - Polska waluta cały dzień traciła na wartości. Był to efekt dużego zlecenia z zagranicy, które uruchomiło falę wyprzedaży złotego - mówi Robert Kęsicki, dealer z Kredyt Banku. Po południu za euro płacono 4,45 zł, wobec 4,39 zł na otwarciu.