Kwartalne szacunki GUS budzą nieśmiałą, wiosenną nadzieję na wyrwanie gospodarki z letargu. Nadzieję wspomaganą przez podpisaną właśnie umowę offsetową oraz świeży raport ekspertów na temat makroekonomicznych skutków integracji z Unią Europejską. Notabene, zdolność czerpania pieniędzy z kieszeni Zachodniej Europy i zarazem dyskontowania politycznej więzi z USA świadczą o tym, że nabraliśmy pewnej wprawy w grze międzynarodowej (Romano Prodi zdążył już wyrazić dezaprobatę Brukseli wobec polskiej gry na dwa fronty). Nie widzę nic złego w lawirowaniu wzorem Irlandii - kraju, który swój sukces gospodarczy wspierał unijnymi funduszami i amerykańskimi inwestycjami. Ale tylko wspierał, o awansie Irlandii zdecydował bowiem wysiłek własny, oddolny, ukierunkowany przez mądrą, odgórną strategię. Niestety, w naszym przypadku, można mieć wątpliwości co do owego krajowego, rozstrzygającego wkładu.
Zwraca moją uwagę zasadniczy kontrast pomiędzy programami rządowymi, mianowicie planami skłóconych ministrów - Kołodki i Hausnera - oraz zaleceniami niezależnych ekonomistów. Weźmy dla przykładu ostatnie głosy Witolda Orłowskiego ("Rzeczpospolita", 18 kwietnia) i Bogusława Grabowskiego ("Gazeta Wyborcza", 19-21 kwietnia). Celują obaj w obszar całkowitego rządowego milczenia i zaniechania - reformy strukturalne i odpolitycznienie gospodarki. Obaj ministrowie zaś, przy wszystkich różnicach, krążą wokół podatków i budżetowych wydatków, czyli finansów publicznych. Kołodko czuje się odpowiedzialny - lepiej późno niż wcale - za wydolność budżetu w okresie debiutu w Unii Europejskiej. W imię tej wydolności, gotów jest dorżnąć podatkami klasę średnią. Hausner odwrotnie, chce przedsiębiorcom ulżyć, gdyż patrzy na gospodarkę przez pryzmat walki z bezrobociem, czyli zdolność tworzenia nowych miejsc pracy. Różniąc się, obaj spotykają się na tym samym, ograniczonym polu.
Doceniając wagę naprawy finansów publicznych, Orłowski i Grabowski idą dalej. Wskazują na krytyczne dziś pole zmian strukturalnych. Całkiem się z nimi zgadzam. Widzę przykry kontrast między ofensywą lat 90., zbudowaną na eksplozji przedsiębiorczości, prywatyzacji i restrukturyzacji oraz polityczno-gospodarczym zapętleniem dnia dzisiejszego. Pisze Orłowski: "...symbolem skutecznego prowadzenia w Polsce interesów jest biznesmen mający dojście do polityków i menedżer wysysający pieniądze z państwowej firmy". W komentarzach dla PARKIETU zawarłem bliźniaczą diagnozę. Na nic się zdadzą amerykańskie zlecenia i unijne pieniądze, jeśli przygniecie nas bezwład kapitalizmu państwowego.