Po wielu tygodniach bezapelacyjnej przewagi popytu do głosu na amerykańskich rynkach akcji doszli wyprzedający. Słabość rynku japońskiego była widoczna od dłuższego czasu. Poziom 8300 pkt skutecznie powstrzymywał jakiekolwiek próby zwyżki. W Europie od początku kwietnia DJ Stoxx 50 nie mógł sobie poradzić z długoterminową średnią kroczącą. W końcu została ona przełamana i rozpoczęła się faza spadkowa. Do tego koncertu dekoniunktury dołączyły indeksy amerykańskie. Najsilniejszy Nasdaq Composite zakończył fazę wzrostową w okolicach 1550 pkt. Pokonanie lokalnego szczytu z przełomu listopada i grudnia 2002 nie starczyło, aby kontynuować zwyżkę. O wiele bardziej czytelna była sytuacja, z jaką mieliśmy do czynienia na dwóch pozostałych głównych indeksach za oceanem: średniej przemysłowej (DJIA) i S&P 500. DJIA bezskutecznie po raz trzeci testował linię trendu zapoczątkowanego jeszcze w sierpniu ubiegłego roku. Z jeszcze silniejszym oporem bezowocnie zmagał się S&P 500. Mowa o linii trendu, który ukształtował się po pęknięciu bańki technologicznej wiosną 2000 roku.
Zachowanie indeksów sugeruje, że nadchodzi okres dłuższej koniunktury. Słaby dolar jest korzystny dla niewielu firm (np. NVidia, która eksportuje 80% produkcji poza Stany Zjednoczone). Wyceny firm technologicznych pozostawiają wiele do życzenia. Trzycyfrowych wskaźników P/E, charakterystycznych dla krachu dot-comów w żaden sposób nie usprawiedliwiają przyszłe zyski. Sektorem, który powinien gorzej zachowywać się niż reszta rynku, powinna być farmacja. Wielkie koncerny czują presję administracji rządowej w Stanach Zjednoczonych, która domaga się obniżki cen leków patentowych. Obniżka oznacza redukcję "tłustych" marż, a wtedy będzie krucho z zyskami. Dokładając do tego rosnącą konkurencję generyczną oraz kłopoty z portfolio nowych leków wielu firm, widać, że inwestowanie w sektor farmaceutyczny niekoniecznie musi być najlepszym interesem w najbliższych miesiącach.