Zimnym prysznicem okazały się dane o majowych zamówieniach na dobra trwałego użytku w USA. Po raz kolejny wykazały one spadek zamówień. Taka tendencja utrzymuje się od drugiej połowy ub.r. To musi niepokoić w kontekście spodziewanego ożywienia po stronie wydatków inwestycyjnych przedsiębiorstw. Miałyby one przynajmniej w części zapełnić lukę wynikającą z utrzymującego się osłabienia w popycie konsumpcyjnym. Ich roczna dynamika jest wciąż dodatnia, ale pozostaje na najniższym poziomie od początku lat 90.
Reakcje na wyniki
W połowie lipca zacznie się w USA najbardziej gorący okres publikacji wyników przez spółki. Warto zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, która występowała od początku bessy aż do I kw. 2003 r. W większości przypadków było tak, że jeśli przed rozpoczęciem "earnings season" indeksy zniżkowały, to wraz z jego początkiem zaczynały iść w górę. I odwrotnie (choć zdarzało się to dużo rzadziej), jeśli podczas publikacji korekt wcześniej przedstawianych prognoz wyników, tzw. "warning season" rosły, to później zaczynały tracić na wartości. Taki schemat zachowań łatwo wytłumaczyć. Jeśli wiele spółek wcześniej ostrzegało, że nie wywiąże się z przedstawianych prognoz, to inwestorzy natychmiast to dyskontowali. Potem, gdy podawano wyniki zgodne z obniżoną prognozą, kursy odreagowywały zniżki. Zaś gdy takich ostrzeżeń było niewiele, później dużo łatwiej o rozczarowanie inwestorów.
W momencie podawania wyników za I kwartał amerykańskie rynki zerwały z tym, trochę uproszczonym, schematem. Indeksy wzrastały zarówno przed "earnings season", jak i po nim. Wzrost napędzały optymistyczne oczekiwania na przyszłość. Z bardzo podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w ostatnim kwartale 2001 r. Wtedy również miała ona miejsce po wyjątkowym wydarzeniu. Teraz była nim wojna z Irakiem, poprzednio atak terrorystyczny z 11 września. Półtora roku temu szczyt na wykresie indeksu S&P 500 wypadł około miesiąc przed rozpoczęciem najgorętszej fazy publikacji wyników. Potem wierzchołek ten był jeszcze dwukrotnie testowany, ale już nie udało się go przełamać. Kolejne miesiące przyniosły solidną przecenę. Taki scenariusz może powtórzyć się w tym roku, jeśli wziąć pod uwagę skrajnie optymistyczne nastawienie inwestorów czy wyceny amerykańskich akcji, bardzo zbliżone do tych, jakie odnotowano na szczycie internetowej hossy.
W tym kontekście od samych rezultatów finansowych firm dużo ważniejsze okażą się zapewne zapowiedzi na drugą połowę roku. Tylko podtrzymanie obecnych wysokich prognoz uzasadniałoby, przynajmniej w jakimś stopniu, duże przewartościowanie akcji.