Pesymizm inwestujących w kontrakty terminowe na WIG20 osiągnął wczoraj nieprzyzwoite rozmiary. Popołudniowa wspinaczka indeksu rozciągnęła ujemną bazę do ponad 20 pkt. Dopiero powtórka środowego mocnego kupna najpłynniejszych spółek zainicjowała ucieczkę krótkich (spadek LOP ponad 600 szt.) i nieco zniwelowała nieefektywność rynku. Szczyty na obu rynkach pozostały nienaruszone, a jedyne co kontrakty tym wzrostem osiągnęły, to ewentualność utworzenia formacji głowy z ramionami.
Skąd ten pesymizm rynku terminowego? Inwestorzy także dobrze pamiętają, czym kończą się tak demonstracyjne zakupy funduszy emerytalnych, a coraz więcej źródeł potwierdza, że po stronie popytu stoją właśnie te instytucje. Towarzyszy temu wysyp jakże optymistycznych (patrz PKN) rekomendacji z czołowych domów maklerskich. Przy takim analitycznym wsparciu wszystkie warunki kupna akcji przez OFE wydają się spełnione. Ostatnio bowiem, jeden z przedstawicieli funduszy mówił, że "zanim zdecydują się na zakupy akcji, muszą mieć PEWNOŚĆ, że wyniki finansowe poprawią się". Największy problem polega na tym, że gdy wszyscy są już pewni takiej poprawy, ceny akcji dawno już to zdyskontowały. Taki to już urok giełdy.
Na najbliższych dwóch sesjach obraz rynku zapewne niewiele się zmieni. Ze względu na święto w Stanach wynik amerykańskiej sesji zostanie niezależnie od tego, jaki będzie, zignorowany (ale wpływ raportu z rynku pracy wkrótce powróci). W poniedziałek z kolei nie będzie nawet na co reagować. Zostajemy więc sam na sam z rodzimymi funduszami. W tym przypadku, jak już wczoraj pisałem, skala popytu sugeruje przełożenie spadków przynajmniej na przyszły tydzień. Akurat po końcowej euforii wywołanej wyjściem indeksu nad grudniowe szczyty.