Czwartkowa sesja na Wall Street rozpoczęła się od spadków. W ten sposób inwestorzy zareagowali na opublikowane jeszcze przed sesją przez Departament Pracy trzy raporty dotyczące amerykańskiego rynku pracy. Delikatnie mówiąc, nie były one najlepsze. W czerwcu zatrudnienie w sektorze pozarolniczym spadło o 30 tys. Przełożyło się to na stopę bezrobocia, która wyniosła aż 6,4 proc. (oczekiwano 6,2%). Jest to najwyższy poziom od dziewięciu lat. Sytuacja więc nie wygląda różowo. Brak poprawy na rynku pracy każe bowiem powątpiewać w możliwość przyśpieszenia wzrostu amerykańskiej gospodarki w trzecim i czwartym kwartale. A to przecież dyskontowały rynki w ostatnim czasie.

Z punktu widzenia analizy technicznej sytuacja na głównych indeksach w ostatnim tygodniu praktycznie się nie zmieniła. Zarówno Średnia Przemysłowa, jak i S&P500 ciągle pozostają poniżej czteromiesięcznych linii hossy. Dopóki więc oba indeksy nie wybiją się wyraźnie powyżej szczytów z 17 czerwca br., sygnały sprzedaży pozostają aktualne, a ewentualne wzrosty należy traktować tylko jako ruch powrotny.

Nieco inna sytuacja jest na wykresie Nasdaq Composite. Indeks ten od początku czerwca porusza się w przedziale cenowym 1600-1680 pkt. Kierunek wybicia z tej konsolidacji pozwoli określić trend na kilka najbliższych tygodni. Na razie żadna ze stron nie osiągnęła przewagi. Stąd też rozstrzygniecie może być zarówno na korzyść sprzedających, jak i kupujących.

Świetnie natomiast spisują się byki na tokijskim parkiecie. Jak można było się spodziewać, lekka zadyszka przed tygodniem nie zaszkodziła kupującym. Została bowiem wykorzystana do przegrupowania sił, co umożliwiło skuteczny atak na opór w strefie 9300-9500 pkt. Został więc wygenerowany silny sygnał kupna. Realny jest wzrost do minimum 12600 pkt. (38,2-proc. zniesienia trzyletnich spadków). Zanim jednak Nikkei ruszy na północ, powinniśmy być świadkami korekty. Ostatnie wzrosty układają się w zgrabną 5-falową strukturę, należy więc teraz wypatrywać korekcyjnego zygzaka.