Jak uzdrowić polską gospodarkę? Patrząc na propozycje, które padają ze wszystkich stron, można dojść do wniosku, że jest to dziecinnie proste.
Po pierwsze, trzeba obniżyć podatki (to akurat jest krok, z którym zgadzają się prawie wszyscy ekonomiści). Z tym że absolutnie nie wolno wprowadzać podatku liniowego, bo on jest niesprawiedliwy. A więc lepiej zarabiający muszą płacić procentowo więcej. Po co obniżamy podatki? Po to, żeby pomóc gospodarce, bo ona jest w kryzysie (zapaści, recesji, katastrofalnej sytuacji - tu sformułowania są różne). Po drugie, trzeba obniżyć wydatki. Po to, żeby deficyt budżetowy nie wzrósł, jak obniżymy podatki. Bo że wzrosnąć nie powinien, to politycy raczej wiedzą. Ale nie wolno obniżać wydatków na: obronę narodową, naukę, bezpieczeństwo wewnętrzne, sądy, rolnictwo, górnictwo, szeroko rozumianą pomoc społeczną, emerytury, renty (absolutnie nie wolno ruszać ZUS-u i KRUS-u) i parę jeszcze innych rzeczy. Po głębszym zastanowieniu część polityków dochodzi nawet do wniosku, że właściwie należałoby podnieść wydatki na: obronę narodową, naukę, bezpieczeństwo wewnętrzne, sądy itd., itd. Panuje tu zresztą prawidłowość: jeśli polityk związany jest bardziej np. z Ministerstwem Obrony, to już wiemy, że na co jak na co, ale na obronę więcej pieniędzy znaleźć się musi.
Samo obniżenie podatków może nie być wystarczającym bodźcem dla gospodarki. Trzeba więc ludziom dać pieniądze, bo jak dostaną pieniądze, to będą kupować, a przedsiębiorstwa - sprzedawać, czyli będzie się im lepiej wiodło, lepiej więc będzie także pracującym w nich ludziom. I w ogóle więcej ludzi będzie wtedy pracować. A skąd wziąć te pieniądze? Pomysłów jest wiele. Najlepiej rozdać rezerwy walutowe. Właściwie po co my je w ogóle mamy? Nie tyle my, ile Narodowy Bank Polski. Leżą tam bezużytecznie w sejfie, zamiast pomagać polskiej gospodarce, a jest tego przecież 30 mld dolarów. Rozdać można je w różny sposób, np. przesyłając elektronicznie na konta (wtedy nie wzrośnie podaż pieniądza!). I tylko ten niedobry bank centralny stoi na przeszkodzie. Ale zawsze można zmienić ustawę o NBP i wreszcie problem przestanie istnieć. Można też dodrukować pieniądze. Właściwie, czemu nie, tym bardziej że wydrukujemy tylko trochę. A jeśli inflacja wzrośnie, to co z tego? Przecież i tak jest najniższa w Europie. No i jest jeszcze kwestia prywatyzacji. Oczywiście, absolutnie nie można wyprzedawać majątku narodowego inwestorom zagranicznym. Od razu wiadomo, że to oszuści, którzy chcą nas tylko oskubać. Ale z drugiej strony, zdaniem autorów powyższych haseł, prywatyzować chyba jednak trzeba. Jak? Albo bezpłatnie rozdać przedsiębiorstwa pracownikom, albo im je sprzedać. A skąd oni wezmą pieniądze? Jak to skąd? Przepis już przecież przytoczyłem. Wystarczy tylko wybrać odpowiedni wariant.
Z natury jestem optymistą. Mam więc nadzieję, że zdecydowana większość tych kuriozalnych często pomysłów wynika jedynie z chęci politycznego zaistnienia. Co by jednak było, gdyby za jakiś czas zaczęto serwować nam rewolucyjną myśl ekonomiczną? No cóż...