General Services Administration - agencja rządowa zajmująca się przyznawaniem kontraktów - ugięła się pod ciężarem krytyki po ujawnionych w ostatnich dniach kolejnych skandalach księgowych, związanych z WorldComem. Okazało się także, że MCI (nowa nazwa serwisu telefonicznego WorldComu) kierował część zamiejscowych rozmów telefonicznych przez łącza znajdujące się poza granicami USA (przede wszystkim przez Kanadę). Mogło to oznaczać możliwość ich podsłuchiwania. Ujawnienie tej rewelacji spowodowało odłożenie w czasie kolejnej rozprawy upadłościowej w sądzie w Nowym Jorku.
Głównym powodem rezygnacji z przyszłych usług WorldComu jest oczywiście gigantyczny skandal księgowy, w który uwikłany jest zbankrutowany telekomunikacyjny kolos. Suma, o jaką zawyżono przychody spółki, sięga 11 miliardów dolarów.
Wyłączenie z procesu ubiegania się o nowe kontrakty nie zmieni na razie dotychczas zawartych kontraktów. Obecnie zamówienia rządowe realizowane przez WorldCom sięgają miliarda dolarów.
Waszyngton znalazł się w ogniu krytyki kilka tygodni temu, gdy okazało się, że WorldComowi przyznano umowę na budowę niewielkiej sieci telefonii komórkowej w Iraku jeszcze przed formalnym zakończeniem procedur upadłościowych. Konkurenci skrytykowali ten kontrakt, twierdząc, że jest to forma nagrody za korporacyjne oszustwa. Pentagon twierdził jednak, że w kontrakcie nie było nic zdrożnego, a MCI spełniał wszystkie warunki, aby wywiązać się z umowy.
Obecnie byłych szefów firmy czeka fala głośnych procesów sądowych. WorldCom musi też przekazać Komisji Papierów Wartościowych i Giełd pół miliarda dolarów jako odszkodowanie za straty inwestorów. Wysokość kary także krytykowano jako niewspółmiernie niską do ujawnionych nadużyć, ale zdaniem władz, wyższe kary oznaczałyby likwidację firmy i likwidację tysięcy miejsc pracy. Konkurenci bankruta argumentowali, że byłoby niemoralne, gdyby pieniądze na odszkodowania pośrednio pochodziły z kieszeni podatnika - wpłacone do kasy WorldComu jako wynagrodzenie za realizowane kontrakty.