Premier Hausner powiedział ostatnio, że trudno będzie znaleźć 2-3 mld złotych, by zmniejszyć deficyt budżetowy. A jeszcze miesiąc temu był pełen optymizmu, zapowiadając działania mające na celu wygospodarowanie takiej kwoty. Cóż się więc stało?
Wygląda na to, że opór materii, a więc niechęć poszczególnych ministrów do odchudzenia swoich wydatków, jest silniejsza niż wicepremier sądził. Może uda się zwiększyć dochody z prywatyzacji? Może. Niemniej nie o takie szukanie środków chodzi przede wszystkim. Wydaje się zresztą, że Ministerstwo Finansów znowu idzie bardziej w kierunku intensyfikacji dochodów, niż poszukiwania oszczędności i cięcia wydatków.
Oto pojawił się pomysł opodatkowania dochodów szkół niepublicznych. Z jednej strony, nic w tym dziwnego. W końcu są to przedsiębiorstwa, których zadaniem jest wypracowywanie zysku. Jeśli tak, to powinny płacić podatek. O ile oczywiście ten zysk są w stanie osiągnąć. Z drugiej - charakter ich działalności jest jednak specyficzny. Skończy się zresztą, jak zwykle w takich sytuacjach, podwyżkami czesnego. A więc zapłacą za to rodzice.
To nie koniec. Oto bowiem podatkiem mają być objęte także publiczne szkoły wyższe. Problem w tym, że tu ewentualne zyski, zgodnie z prawem, mają iść na różnego rodzaju inwestycje związane z funkcjonowaniem uczelni, nie zaś do kieszeni jakiegoś kapitalisty. Czyli innymi słowy szansa na to, żeby luka między np. poziomem infrastruktury pomiędzy większością polskich uczelni a uczelniami Europy Zachodniej zawęziła się, stanie się zdecydowanie mniejsza.
A miało być tak pięknie! Racjonalizujemy wydatki, szukamy oszczędności, dbamy o to, żeby publiczne pieniądze nie były marnotrawione. Tymczasem niewiele słychać o działaniach w tym kierunku. A wiele jest tu do zrobienia. Co chwila dowiadujemy się bowiem o absurdach w obowiązujących przepisach. Hit sezonu to hodowla kotów (w praktyce wystarczy mieć jednego), dzięki której nabędziemy prawo do ubezpieczenia się w ramach KRUS. Jeśli ktoś woli rybki albo psa, to nie ma sprawy.