Jak kiedyś powiedział Niels Bohr, "stawianie prognoz jest rzeczą szczególnie trudną". Obecna groźba kryzysu finansów publicznych w naszym kraju w nie tak odległej przyszłości wynika po części z tego, że rząd w swych planach budżetowych wydaje się podejmować bardzo duże ryzyko, opierając się na prognozach tempa wzrostu gospodarczego. W przyszłości mogą się one okazać znacznie przeszacowane. Nie musi tak oczywiście być.
Można pokusić się o tezę, że początek tendencji deflacyjnych w centralnej gospodarce danego regionu gospodarczego objawia się w pierwszych latach w krajach peryferyjnych w stosunku do tego centrum. Ma tam miejsce przyspieszony proces dezinflacji (takiej jak ta w Polsce w latach 2000-2003). Poprzez stwarzaną nominalną iluzję niskich stóp prowadzi on do formowania się wtórnej "bańki kredytowej". Doskonałego przykładu dostarczają "rynki wschodzące" Azji Południowo-Wschodniej, w których boom lat 90. załamał się gwałtownie dopiero niecałe 8 lat po pierwszym sygnale wejścia Japonii w spiralę deflacyjną. Był nim krach na tamtejszym rynku akcji, rozpoczęty w 1990 roku. Największa od czasu II wojny światowej - i większa niż w Japonii 10 lat wcześniej - skala spadku niemieckich cen akcji (DAX - 72%) w latach 2000-2003, stanowi wyraźną sygnaturę początku analogicznych procesów deflacyjnych w Europie.
Przy takiej interpretacji, obecne ożywienie tempa wzrostu gospodarczego byłoby zaledwie początkiem napędzanego nagle bardzo tanim kredytem "wielkiego skoku" środkowoeuropejskich tygrysów (nie chodzi tu o byłego ministra finansów). W swej końcowej fazie, w latach 2007-2010, zostanie on "podtrzymany" odległą już wtedy na wyciągnięcie ręki perspektywą wejścia do EMU. Przemawia za tym również typowy przebieg procesu pękania wielkiej "bańki" inwestycyjnej (akcje w latach 30., surowce/złoto w latach 80., Nikkei w latach 90.), gdzie po pierwszym 2,5-letnim okresie krachu niezmiennie następuje 5-letni okres korekcyjnego wzrostu ("New Deal" itp.).
Taki optymistyczny scenariusz ma jedną wadę. Abstrahuje on od wyraźnej 3-letniej cykliczności, cechującej przebieg światowej koniunktury gospodarczej w minionych kilkunastu latach. Cykliczności objawiającej się regularną sekwencją poważnych kryzysów finansowych: począwszy od kryzysu Europejskiego Systemy Walutowego w 1992 roku, poprzez kryzys meksykański w 1995 roku, kryzys azjatycki/rosyjski/LTCM, kulminujący w 1998 roku, aż po kryzys argentyński w 2001 roku. Tę globalną cykliczność najlepiej można obserwować na wykresie indeksu ISM (dawniej NAPM), obrazującego poziom koniunktury (nastrojów?) w przemyśle USA. Szczyty indeksu ISM z lat 1994, 1997 i 2000 powyżej poziomu 55 pkt, sygnalizujące "przegrzewanie się" gospodarki USA precyzyjnie wyznaczały szczyty hossy na "rynkach wschodzących" (i GPW). Inicjowały też proces ucieczki od ryzyka, kulminujący poważnym kryzysem finansowym rok później.
W każdym z tych przypadków mieliśmy do czynienia równocześnie z zaostrzeniem polityki pieniężnej FED. Obecne prognozy tempa wzrostu gospodarczego USA mówią o ponad 5-proc. (niektóre nawet o ponad 6-proc) tempie wzrostu w IV kw. (a wrześniowy ISM miał wartość 54,7 pkt). Jest to tempo zupełnie nie przystającego do 1% nominalnie (ujemnego realnie) obecnego poziomu stóp FED. Moment, w którym FED zasygnalizuje gotowość do podniesienia stóp procentowych (po wyborach w USA? wcześniej?), będzie chwilą, kiedy trwający od 2001 roku proces napływu kapitału na "rynki wschodzące" ulegnie gwałtownemu odwróceniu. W ciągu minionych 2 lat wielkość średniego spreadu dla długu rządowego krajów peryferyjnych (dla indeksu EMBI+ J.P. Morgana) uległa zawężeniu o 60% (w tym okresie rentowność obligacji złotowych spadła z 15% do poniżej 5%). Spadek obaw przed ryzykiem związanym z inwestowaniem na "emerging markets", osiągnął tym samym skalę poprzednio obserwowaną w 2000 roku (w 2 lata po panice wywołanej bankructwem Rosji). Rynek tak spokojny w 2000 roku, już rok później znajdował się na skraju paniki wywołanej bankructwem Argentyny.