Największe spadki na giełdzie są zawsze wtedy, gdy niemal nikt ich się nie spodziewa, a jakikolwiek głos przestrogi zderzyć się musi z ogromną beztroską i chciwością inwestorów. Z taką sytuacją mamy do czynienia właśnie teraz na rynku amerykańskim, gdzie już drugi miesiąc utrzymuje się euforyczny poziom optymizmu, i to zarówno wśród zarządzających funduszami, jak i indywidualnych inwestorów.
W ostatniej ankiecie tygodnika Barron's wśród 113 zarządzających jest aż 65% byków i tylko 12,4% niedźwiedzi. Większość spodziewa się w najbliższych miesiącach wzrostu indeksów o kolejne 10-15%. Równie optymistyczne są plany zwiększenia zaangażowania w akcje z obecnych 69,9% do 71,6% za 6 miesięcy i do 72,5% za 12 miesięcy. Zamierzenia ambitnie, jeśli wziąć pod uwagę, że w portfelach funduszy inwestujących w akcje (stock mutual funds) gotówka stanowi niewiele ponad 4% aktywów.
Taki zgodny optymizm może budzić przerażenie, szczególnie gdy potwierdzają go inne ankiety. Dla przykładu odsetek byków w cotygodniowych badaniach Investor's Intelligence w ostatnich 11 tygodniach systematycznie przekracza 54%, przy liczbie niedźwiedzi zawsze poniżej magicznej bariery 24%. W przeszłości tak niski odsetek pesymistów zapowiadał spadki na giełdach. Jedynie zarządy amerykańskich korporacji widzą przyszłość w trochę mniej różowych barwach i pozbywają się akcji w rekordowym tempie.
Stymulacja po japońsku
Analogiczny optymizm giełdowych inwestorów panował w czerwcu 1996 r. na japońskiej giełdzie. Nikkei ustanawiał wtedy szczyt największego odreagowania (56,5%) w bessie, zapoczątkowanej 6 lat wcześniej. Niemal nikt nie widział wtedy żadnych zagrożeń dla rynku akcji. Przyjrzyjmy się argumentom, które pozwoliły japońskim inwestorom na ponad rok zapomnieć o niedźwiedziu.