Była taka osławiona maksyma, dotycząca płacy w socjalizmie. Brzmiało to tak: "Czy się stoi, czy się leży, to... się należy". W miejsce wykropkowane wstawiało się - w zależności od tego, jaka była inflacja - odpowiednią sumę.
Prawda jest taka, że trwająca od wielu lat transformacja nie spowodowała, że maksyma ta straciła całkowicie znaczenie. Ot, jest jeszcze sporo dziedzin, gdzie pracownicy mogą z czystym sumieniem się na nią powoływać przy wypłacie. Tak mogą mówić, na przykład, urzędnicy. I to urzędnicy każdego szczebla, włącznie z ministerialnymi. Tak dalej być nie może.
W końcu nie uchodzi, żeby minister od autostrad brał tyle samo, bez względu na to, czy udało mu się doprowadzić do budowy 2 metrów czy 200 kilometrów dróg. A jak można uzasadnić fakt, że minister od bezrobocia dostaje taką samą pensję, i to bez względu na to, czy liczba osób bez pracy spada czy rośnie.
Wyobraźcie sobie Państwo sytuację, w której wysokość pensji ministra finansów zależy od tego, jak duży jest deficyt budżetowy. A dokładniej - zależy odwrotnie. Czyli - jak minister zmniejsza dziurę budżetową o 30%, jego zarobki rosną np. 3-krotnie. A jak zwiększa - to pensja mu się zmniejsza, i to tak, że w pewnym momencie dochodzi do zera. W sumie - skoro minister zna sposoby, aby sfinansować dziurę w budżecie państwa, to pewno poradzi sobie z deficytem w domowym budżecie. Może zawsze wyemitować obligacje pod swoje przyszłe dochody.
Podobnie sytuacja powinna wyglądać z ministrem pracy - gdy bezrobocie spada, to jego pensja rośnie. Gdy liczba osób bez pracy rośnie, to jego pensja spada - aż do poziomu zasiłku. I gdy w ciągu 6 miesięcy bezrobocie nie drgnie ani o 1 pkt proc., wtedy pan minister traci prawo do zasiłku.