Sesja została rozstrzygnięta już w pierwszym kwadransie handlu akcjami. Po mizernym otwarciu fundusze natychmiast rzuciły się do kupna, generując po kilkunastu minutach ponad 30 mln obrotu. Taki demonstracyjny popyt szybko przesądził, że sesja musi być wygrana przez byki i jedyną niewiadomą pozostał rozmiar zwycięstwa. Dynamiczne wzrosty zatrzymały dopiero szczyty z 2 grudnia.

Oficjalnie ten wyskok podpięto pod raport Merrill Lynch, który zalecał kupno Pekao i prognozował zarówno wzmocnienie złotego, jak i zdynamizowanie wzrostu PKB. Tylko, ile to już było takich byczych raportów? Wszystko zależy od tego, na jaki trafią grunt. W innym terminie analitycy skomentowaliby to jako zapowiedź wyprzedaży akcji przez zagranicznych inwestorów, którzy próbują zebrać większy popyt. A już to, że duży udział akcji wśród OFE i TFI "tworzy ciągłą presję na wzrost wartości polskich aktywów" wszyscy gremialnie by wyśmiali. Do tej pory na polskim rynku, specyficznym pod tym względem, było zupełnie odwrotnie, o czym przekonaliśmy się zarówno przy ekstremach z początku roku, jak i przy wrześniowym szczycie. Taki raport to tylko impuls, a nie podstawa wzrostów i dzisiaj o "ciągłej presji" już nikt nie będzie pamiętać.

Czyli koniec wzrostu? Po tak świetnej sesji jak wczorajsza nie można mówić o czymkolwiek innym jak długie pozycje. Paradoksalnie jednak, najkorzystniejsze dla byków byłoby teraz jakieś uspokojenie. 40 pkt wyżej mamy bowiem lukę bessy, która wraz z całą konsolidacją z pierwszej połowy listopada stanowi bardzo silną strefę oporu. Próbie ataku tych poziomów już dzisiaj towarzyszyłaby zbyt duża pokusa realizacji zysków. To kiedy? Za jakiś czas - terminologii uczę się od samego Greenspana.