Ponowny atak na strefę oporu wyznaczoną przez wrześniowo-październikowe minima krajowego rynku akcji, okazał się nadspodziewanie śmiały i wyniósł WIG20 aż do poziomu utworzonej 17 listopada luki (1535-1566 pkt). Moje oczekiwania sprzed tygodnia, że bliskość kluczowego średnioterminowego oporu wyznaczanego nieco powyżej 1600 pkt przez "oś" trwających od września do listopada wahań rynku, zniechęcać będzie byki do nadmiernej brawury. Tymczasem niewiele w zachowaniu rynku zapowiada oczekiwane przedświąteczne osłabienie, a trwająca od 20 listopada zwyżka wyczerpała już większość przewidzianego na grudzień potencjału.
Rozpoczęty na początku grudnia spadek na rynku Nasdaq wygląda obiecująco z punktu widzenia niedźwiedzi (podobnie zresztą jak kondycja takich rynków jak holenderski czy brytyjski), ale uporczywa siła średniej przemysłowej Dow Jonesa czy też rynku niemieckiego w dużej mierze niwelowała te negatywne sygnały docierające z globalnego rynku. Inwestowanie w akcje w okresie największego od 1987 roku proakcyjnego nastawienia nie wydaje się dobrym sposobem na zarobienie pieniędzy, ale spekulanci oczekujący na nadejście spadków korygujących cały trwający od marca globalny wzrost, zapewne nie mogą narzekać na nadmiar pewności siebie. Dwa ostatnie globalne średnioterminowe cykle (w USA określane jako cykl 40-tygodniowy, u nas swego czasu popularne jako cykl 9-miesięczny) trwały odpowiednio niecałe 8 miesięcy (lipiec 2002-marzec 2003) oraz 10 miesięcy (wrzesień 2001-lipiec 2002). Od marcowego globalnego dołka cen akcji upłynęło już 9 miesięcy, a jeśli nie patrzeć na takie rynki jak nasz czy japoński, to ciągle w większości przypadków mamy do czynienia z trendami wzrostowymi. Najsłabszym elementem całego obrazu wydaje się systematycznie słabnący dolar (co oddziałuje deflacyjnie na cały świat z wyjątkiem USA i Chin), ale na razie światowe rynki akcji - z wyjątkiem japońskiego - nie wydają się tym zjawiskiem zbyt przejęte.