Gdyby w giełdowym kalendarzu nie zbliżał się najprzyjemniejszy, a zarazem najnudniejszy okres w roku, to wczorajsze notowania można by uznać za początek większego wzrostu. Całą sesję najważniejsze spółki wspierane były demonstracyjnym kupnem na pierwszych ofertach. Do tego na wykresach niedźwiedzie nie mogą sobie od trzech dni poradzić ze wsparciem przy wtorkowym dołku, a na kontraktach intraday mamy już wybicie z formacji podwójnego dna lub trójkąta - zależy, czy patrzymy na wykres kontynuacyjny, czy też oddzielnie jedynie na uwzględnioną już w nim serię marcową. Wszystkiemu towarzyszył obrót na akcjach z WIG20 większy od każdej z dwóch poprzednich sesji o ponad 50%. No i zrobiło się mocno byczo.
A zupełnie niesłusznie, bo choć analiza techniczna uwzględnia wszystkie argumenty, to sugerowanie się nią w końcówce roku może być dość zgubne. Akurat na naszym rynku często liczy się też "styl" każdego ruchu, a nie jedynie fakt jego wystąpienia. Wczorajsza sesja to wyraźnie jedynie przemeblowania w portfelach funduszy, które pojedynczymi transakcjami windowały obroty i kursy, ubezpieczając je od dołu demonstracyjnym popytem. Absolutnie nie twierdzę, że niezasłużenie, bo na rynkach amerykańskich grudniowy rajd św. Mikołaja trwa w najlepsze. U nas, kto miał wyjść z rynku, już to zrobił na początku tygodnia. Do tego węgierski BUX, po wczorajszej udanej aukcji bonów skarbowych (bony za 30 mld forintów przyciągnęły oferty na 79 mld - na początku grudnia tylko 9 mld), obronił linię przyspieszonego trendu wzrostowego. To właśnie po opublikowaniu tej ostatniej informacji nasz rynek najwięcej wczoraj zyskał. Na kontynuację wzrostu bym nie liczył, a dzisiaj drugą część sesji ze względu na wygasanie kontraktów zdominują arbitrażyści.