Rozpiętość sesji to mizerne 18 pkt, a dodatkowo otwarcie 1705 pkt wypadło niemal w samym środku tego obszaru. Inwestorzy już na początek zdyskontowali piątkową porażkę rządu, zabierającą z budżetu 550 mln dla kolejarzy i będącą dobrą wymówką dla PO, by nie poprzeć planu Hausnera. Warto jednak zauważyć, że pomimo tej politycznej kotwicy, nie było zbyt dużo strachu na rynku, co w takich warunkach pozwala sesję zapisać na korzyść byków.
Nastawienie na ten tydzień mam jednak neutralne, bo w polityczną ruletkę grać nie zamierzam, a koniunktura w najbliższe dni zależeć będzie właśnie od sejmowej arytmetyki. Wygląda jednak na to, że dla giełdowych inwestorów okaże się to raczej "ścianą strachu", która po zakończeniu politycznych awantur da rynkowi byczy oddech. Dylematem jest tylko to, czy z obecnego, czy zdecydowanie niższego poziomu (dziś rozstrzygnie głosowanie).
Ale nie wierzę, że fundusze nie wykorzystają szansy na wyciągnięcie rynku kilka procent wyżej, "wyciskając" przy tym giełdowych pesymistów. Przepis na misia jest bowiem obecnie banalnie prosty - 1) Potrzeba szczypty trendu wzrostowego, który zarówno na indeksie, jak i na kontraktach nie został jeszcze złamany. 2) Pięć koszyków arbitrażystów, którzy przepchną indeks przez ostatnie szczyty, rozciągając tym samym i tak za dużą (+27 pkt) bazę. 3) Kłębek nerwów inwestorów na rynku terminowym, którzy widząc falę arbitrażu generującą sygnał kupna na indeksie, rozpoczną błędne koło zamykania krótkich pozycji i rozciągania bazy. No i na koniec najważniejsze - wszystko trzeba jakoś pięknie opisać i uzasadnić, bo arbitraż wywołujący zwyżki to brzmi jakoś głupio i niepoważnie. Zawsze można powołać się na medialną histerię, nieuniknioną po historycznym szczycie WIG (brakuje 1,5%).