W mijającym tygodniu zrobiło się wreszcie ciekawie. W środę rynek wybił się w dół z półki cenowej. Stało się to przy dużych obrotach na akcjach. Powstały po tamtej sesji obraz techniczny był brzydki. Większości (nie mającej przeważnie racji) wydawało się, że rynek skierował się ostatecznie w dół, po to by podążać w kierunku 1500 pkt.
Baczna analiza zachowania kontraktów sugeruje możliwość innego wariantu. Nie od dziś wiadomo, że gra na giełdzie polega na przechytrzeniu innych. Wróćmy do wtorku. Rynek znajdował się w fazie przydługiej i zbyt płaskiej konsolidacji. Spełzły na niczym wcześniejsze próby "podgrzania go" do wyjścia górą. W takiej sytuacji aż się prosiło o sprowokowanie bessy. We wtorek liczba otwartych pozycji wzrosła do szczytowej wartości prawie 25 tys. To jak napinanie liny. Coraz więcej uczestników przyłącza się po obu stronach, ciągną każdy w swoją i w końcu - trach! Przerabialiśmy to już wiele razy. Po tym - zaczyna się większy ruch, a kiedy LOP spadnie - jest po wszystkim. Tym razem zaplanowano podobny scenariusz. A więc, w środę wyjście dołem, w czwartek pogłębienie spadku, kiedy przestraszeni posiadacze akcji rzucają się do ucieczki. Po środzie blady strach padł na spekulantów krótko- i średnioterminowych. Nikt nie śmiał wygłosić pozytywnej opinii o rynku. Tymczasem autorzy pomysłu zamknęli krótkie pozycje prawdopodobnie w czwartek, bo LOP spadł do 20 tys. Przy okazji zamykano pozycje arbitrażowe - baza była przecież zerowa.
Czy wynika z tego, że teraz będą wzrosty? Niekoniecznie. W miarę pewna konkluzja dotyczy wyłącznie tego spadku - ruch się na razie skończył. Na najbliższych sesjach nastąpi uspokojenie w przedziale 1600-1650 pkt. A potem zobaczymy.