Choć poniedziałkowy rajd był trochę za duży, choć poranne poprawienie szczytów pokazało silną presję na realizację zysków i choć obrót na początkowym spadku był dość spory jak na jedynie korektę, to mimo tego wszystkiego, indeksy na GPW nie miały prawa wczoraj spaść więcej niż kilka punktów. Polisą ubezpieczeniową dla byków był węgierski BUX, który już rano naruszył historyczny szczyt z marca 2000 r. i przesądził tym samym o nastrojach nie tylko na całym rodzimym parkiecie, ale i wśród zagranicznych inwestorów na innych rynkach wschodzących. Z wiadomych powodów tak już pozostanie do 1 maja. Pytanie co potem?
Pytanie tym bardziej aktualne, że dla rynku amerykańskiego na negatywną odpowiedź wskazuje coraz więcej argumentów. Jednym z nich dość paradoksalnie staje się wiadomość, która była siłą napędową ostatniej hossy. Mowa o wpłatach nowych środków do funduszy inwestycyjnych. Zeszły tydzień był 17 z rzędu zakończonym dodatnim saldem przepływu gotówki. Plus dla byków. Ale dotychczasowe szacunki trochę niedoceniały wiarę w hossę przez amerykańskiego konsumenta. Z oficjalnych danych Investment Company Institute wynika, że w styczniu do funduszy akcji wpłynęło aż 43,76 mld dolarów, co jest trzecim wynikiem w historii i to już trochę przeraża. Więcej środków fundusze pozyskały tylko w styczniu (55,61 mld) oraz lutym (44,54 mld) 2000 r. To dla miesięcznych danych wartości ekstremalne, tak samo jak 52 mld wypłaconych środków w lipcu 2002 r. w dnie bessy. Wróży to poważne kłopoty za oceanem, tym bardziej gdy przypomnieć analogiczny ze szczytem internetowej hossy rekordowy niski poziom gotówki w aktywach funduszy, szał zakupów akcji na kredyt, czy manię fuzji, których wartości także zbliżają się teraz do okresu sprzed załamania.