Eisner, który kieruje medialno-rozrywkowym koncernem od 20 lat, znalazł się w ogniu krytyki grupy udziałowców, której przewodzą byli członkowie zarządu - Roy E. Disney (bratanek Walta Disneya - założyciela "imperium Myszki Miki", odszedł z rady dyrektorów w listopadzie ub.r.) oraz Stanley Gold. Szefa Disneya obciążano odpowiedzialnością za kryzys spółki w ostatnich latach, brak spójnej strategii rozwoju, spadek wartości akcji, słabą kontrolę poczynań ze strony zarządu i wiele innych grzechów. W rezultacie kilku wielkich inwestorów instytucjonalnych, głównie funduszy inwestycyjnych i emerytalnych, wydało oświadczenia, że nie poprze kandydatury Eisnera na zbliżającym się walnym zebraniu akcjonariuszy. Rewolta doprowadziła do tego, że Disney i Gold będą mieli za sobą około 30% głosów WZA - rzecz bez precedensu w spółkach tego kalibru, zważywszy że kampania Roya Disneya przeciwko Eisnerowi trwa zaledwie trzy miesiące. "Buntownikom" pomogły jednak kłopoty spółki.

W ostatnich tygodniach ze współpracy z Disneyem wycofała się wytwórnia filmów animowanych Pixar, a propozycję przejęcia całego koncernu ogłosiła wielka spółka telewizji kablowej Comcast.

W tym tygodniu zarząd Disneya w pilnym liście wysłanym do akcjonariuszy wyraził pełne poparcie dla kandydatury Eisnera i trzech innych członków zarządu, atakowanych przez grupę Disneya.

Teoretycznie wybór Eisnera do 11-osobowego zarządu nie podlegał żadnej dyskusji, gdyż nie miał on kontrkandydata. W praktyce jednak, niekorzystne wyniki głosowań akcjonariuszy mogą znacznie osłabić pozycję obecnego szefa Disneya. Stąd decyzja o rozdzieleniu funkcji prezesa i dyrektora generalnego. Takiej zmiany domagają się już od kilku lat duzi inwestorzy instytucjonalni.