Ostatnio każda ze wzrostowych sesji powinna się bykom źle kojarzyć. Trochę paradoksalne stwierdzenie, ale gdy spojrzy się na wykres, to każda dobra sesja od półtora tygodnia okazuje się jedynie chwilowym odreagowaniem (prawe ramie formacji głowy z ramionami), albo ruchem powrotnym po wybiciu dołem. Potem dość szybko i dramatycznie robimy nowe minima. Czy po wczorajszych wzrostach czeka nas to samo?

Nie znam jeszcze komunikatu z posiedzenia FED, ale wszystko wskazuje jednak na to, że tym razem byki tak łatwo nie złożą broni i korekta zapewne już została na ten tydzień zakończona. Zaznaczam przy tym, że nad powyższym zdaniem głęboko bym się zastanowił widząc późnym wieczorem dwuprocentową przecenę w Stanach. Przerwanie spadków nie oznacza natomiast, że wracamy do hossy. Po przebiegu wczorajszej sesji widać było jednak, że póki co na rynku skończyła się agresywna podaż, która mogłaby przeciwstawić się łapaczom dołków i obrońcom jednostek funduszy, którzy poustawiają bardzo duży popyt na dolnym ograniczeniu klina zwyżkującego.

Wydaje się, że w tej chwili to nie dane makro, z podawaną dzisiaj polską produkcją przemysłową na czele, są najważniejsze dla przyszłej koniunktury, ale właśnie losy wspomnianej formacji. Jeśli bowiem wbrew moim oczekiwaniom już na najbliższych sesjach wyjdziemy z niej dołem, to do podaży dołączy się pokaźne grono techników. Spadek zdynamizowany zostałby dodatkowo przez likwidujące pozycje (do piątku) fundusze arbitrażowe. Tak więc choć zdecydowana większość spółek nie zasługuje na obecne poziomy cenowe, to w mojej ocenie nie jest to jeszcze moment, w którym fundusze zagraniczne zaczną wycofywać się z naszego rynku. Dystrybucję najlepiej robi się pod górkę, a ostatnią zrobiła przecież zagranica - zupełnie wbrew schematowi.