Reklama

Kryzys walutowy

Publikacja: 21.04.2004 10:26

Kryzys walutowy. To pojęcie stało się modne w Polsce pod koniec lat 90. To właśnie wtedy zaczął gwałtownie narastać deficyt na rachunku obrotów bieżących. Kryzys w Rosji, który załamał polski eksport na Wschód, i jednocześnie wyraźny wzrost importu, związany w znacznej mierze ze wzrostem konsumpcji doprowadziły do tego, że deficyt miesięczny na poziomie powyżej miliarda dolarów nikogo nie dziwił. Co nie znaczy, że nie martwił.

Uważa się, że poziom 5% deficytu w stosunku do PKB jest już niebezpieczny i może wywołać kryzys walutowy. Czyli innymi słowy przy takim poziomie deficytu może dojść do gwałtownej wyprzedaży waluty krajowej przez inwestorów zagranicznych, a to oznacza znaczny i szybki spadek jej wartości. Ową przecenę waluty można próbować ograniczać, wykorzystując rezerwy walutowe. Ale jeśli procesy są naprawdę gwałtowne, to na niewiele się to zda, o czym dobitnie świadczy choćby przykład Czech z połowy lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście, sam wysoki poziom deficytu na rachunku obrotów bieżących wcale nie musi oznaczać, że kryzys jest nieuchronny. Właśnie tak było w Polsce. Przekroczyliśmy 5% i nic, 6% także nie było wystarczającym czynnikiem do pozbywania się złotego. W końcu dotarliśmy w okolicę 8,5%, ale nawet taki poziom nie wywołał kryzysu. Dlaczego? Czynników jest kilka.

Sytuacja budżetu wydawała się dość dobra, poziom długu publicznego był znacznie niższy niż obecnie, wdrażano w Polsce wielkie reformy, które miały unowocześnić państwo no i przede wszystkim Rada Polityki Pieniężnej zaczęła bardzo wyraźnie podnosić stopy procentowe (niektórzy uważają nawet, że za bardzo). Osiągnęły one tak wysoki poziom, że skutecznie hamowały odpływ kapitału, a nawet przyciągały nowy. Kryzys został zażegany i w następnych latach do tego tematu właściwie nie wracano. No może jedynie po to, żeby nastraszyć przeciwników politycznych.

I oto ostatnio znowu temat kryzysu powrócił. Po pierwsze dlatego, że bardzo wyraźnie skomplikowała się sytuacja polityczna. Partie populistyczne zyskują na znaczeniu i dziś wcale nie można wykluczyć ich zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Gdyby to miało nastąpić, to trudno oczekiwać, aby wygrana kogoś, kto chce renacjonalizować banki albo drukować pieniądze, nie spowodowała ucieczki części przynajmniej inwestorów zagranicznych. Czyli w takiej sytuacji kryzys walutowy byłby zupełnie możliwy.

Po drugie, skomplikowała się sytuacja finansów publicznych. Jeśli nie będzie tu poważnych zmian, to kilku inwestorom może się przestać chcieć finansować naszą dziurę w budżecie. Jeśli będą to inwestorzy wpływowi albo tacy, którzy operują dużymi środkami, to oczywiście w takiej sytuacji znaczna przecena złotego też jest możliwa.

Reklama
Reklama

No i po trzecie, i to jest chyba najważniejsze, o potencjalnym kryzysie zaczynają się wypowiadać ci, którzy tego typu kryzysy wywołują. Chodzi o George?a Sorosa. Soros zbił fortunę na spekulacjach, między innymi dokonywanych kosztem interweniującego w obronie funta (atakowanego właśnie przez Sorosa) Banku Anglii. Wszystko działo się wtedy, gdy Wielka Brytania była w mechanizmie ERM i przygotowywała się do przyjęcia euro. Dopuszczalny przedział wahań kursu wynosił wtedy +/-2,25% od przyjętego poziomu odniesienia, i to właśnie ułatwiło Sorosowi atak.

Niestety, jesteśmy narażeni na takie działania. Tym bardziej że - o czym zresztą mówił sam Soros - rynki walutowe dziesiątki wchodzącej do UE są znacznie mniejsze niż rynek funta. Co prawda, pasmo wahań w mechanizmie ERM II jest znacznie większe niż w ERM, pojawiły się jednak głosy, by je ograniczyć.Po co ja o tym wszystkim piszę? Po pierwsze po to, żeby zwrócić uwagę na fakt, że po wejściu do UE wcale nie przestaniemy być narażeni na znaczne zmiany kursu złotego. Być może nawet będziemy narażeni bardziej. I po drugie, żeby przestrzec wszystkich tych którzy mają pomysł na zagospodarowanie polskich rezerw walutowych. Nie gwarantują one obrony, ale bez nich, albo bez ich znacznej części, będziemy całkiem bezbronni. Można mówić o ich wykorzystaniu np. na spłatę zadłużenia zagranicznego (jakaś forma pożyczki udzielonej przez NBP), ale to rozmowa o kilku miliardach dolarów, nie zaś dziesiątkach miliardów. W przeciwnym razie możemy się kiedyś obudzić w zupełnie innej rzeczywistości.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama