Kryzys walutowy. To pojęcie stało się modne w Polsce pod koniec lat 90. To właśnie wtedy zaczął gwałtownie narastać deficyt na rachunku obrotów bieżących. Kryzys w Rosji, który załamał polski eksport na Wschód, i jednocześnie wyraźny wzrost importu, związany w znacznej mierze ze wzrostem konsumpcji doprowadziły do tego, że deficyt miesięczny na poziomie powyżej miliarda dolarów nikogo nie dziwił. Co nie znaczy, że nie martwił.
Uważa się, że poziom 5% deficytu w stosunku do PKB jest już niebezpieczny i może wywołać kryzys walutowy. Czyli innymi słowy przy takim poziomie deficytu może dojść do gwałtownej wyprzedaży waluty krajowej przez inwestorów zagranicznych, a to oznacza znaczny i szybki spadek jej wartości. Ową przecenę waluty można próbować ograniczać, wykorzystując rezerwy walutowe. Ale jeśli procesy są naprawdę gwałtowne, to na niewiele się to zda, o czym dobitnie świadczy choćby przykład Czech z połowy lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście, sam wysoki poziom deficytu na rachunku obrotów bieżących wcale nie musi oznaczać, że kryzys jest nieuchronny. Właśnie tak było w Polsce. Przekroczyliśmy 5% i nic, 6% także nie było wystarczającym czynnikiem do pozbywania się złotego. W końcu dotarliśmy w okolicę 8,5%, ale nawet taki poziom nie wywołał kryzysu. Dlaczego? Czynników jest kilka.
Sytuacja budżetu wydawała się dość dobra, poziom długu publicznego był znacznie niższy niż obecnie, wdrażano w Polsce wielkie reformy, które miały unowocześnić państwo no i przede wszystkim Rada Polityki Pieniężnej zaczęła bardzo wyraźnie podnosić stopy procentowe (niektórzy uważają nawet, że za bardzo). Osiągnęły one tak wysoki poziom, że skutecznie hamowały odpływ kapitału, a nawet przyciągały nowy. Kryzys został zażegany i w następnych latach do tego tematu właściwie nie wracano. No może jedynie po to, żeby nastraszyć przeciwników politycznych.
I oto ostatnio znowu temat kryzysu powrócił. Po pierwsze dlatego, że bardzo wyraźnie skomplikowała się sytuacja polityczna. Partie populistyczne zyskują na znaczeniu i dziś wcale nie można wykluczyć ich zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Gdyby to miało nastąpić, to trudno oczekiwać, aby wygrana kogoś, kto chce renacjonalizować banki albo drukować pieniądze, nie spowodowała ucieczki części przynajmniej inwestorów zagranicznych. Czyli w takiej sytuacji kryzys walutowy byłby zupełnie możliwy.
Po drugie, skomplikowała się sytuacja finansów publicznych. Jeśli nie będzie tu poważnych zmian, to kilku inwestorom może się przestać chcieć finansować naszą dziurę w budżecie. Jeśli będą to inwestorzy wpływowi albo tacy, którzy operują dużymi środkami, to oczywiście w takiej sytuacji znaczna przecena złotego też jest możliwa.