No i jesteśmy w Unii Europejskiej! Patrząc za okno niewiele się jednak zmieniło. Te same twarze (choć niektórych na razie nie zobaczymy, słyszymy bowiem o "masowych" wyjazdach do Wielkiej Brytanii, choć dotyczą one tylko kilku tysięcy osób). Te same sklepy, nawet ta sama pogoda majowa, na przemian racząca nas słońcem i deszczem.
Także w przypadku cen nie ma tragedii, którą tak ochoczo niektórzy chcieli zobaczyć. Coś tam podrożało (np. niektóre modele samochodów), coś tam potaniało (np. część elektroniki), w sumie dość spokojnie. Mamy, i owszem, problem z paliwem, ale nawet tzw. przeciętny Kowalski nie interesujący się specjalnie gospodarką wie, że winy za to nie ponosi wejście do Unii Europejskiej, ale sytuacja na światowym rynku paliwowym.
Oczywiście, można na sprawę popatrzeć z drugiej strony. Bezrobocie wciąż jest ogromne, panuje korupcja, w polityce brak stabilizacji itd. Czyli generalnie zmian na dobre też nie ma. No ale bez cudów, minęły dopiero dwa tygodnie.
Faktem jest natomiast to, że kilka dni temu wpłaciliśmy pierwszą ratę kwoty, którą musimy w tym roku przekazać do UE. I tym właśnie problemem chciałem się teraz zająć. A dokładnie kwestią, czy uda nam się na całej tej koncepcji płatności z jednej strony, a środków pomocowych z drugiej zarobić.
Problem jest, oczywiście, poważny. Będziemy płacić do unijnego budżetu miliardy złotych rocznie. Teoretycznie możemy otrzymywać znacznie więcej, ale przecież wiadomo, że wszystkich przyznanych środków nie wykorzystamy. Optymiści mówią o 80%, pesymiści o 20%. Szacuje się, że jeśli wykorzystamy około 35%, to w rozrachunku z Unią jesteśmy na zero, czyli dostaniemy tyle, ile będziemy wpłacać. I tu właśnie chciałem przejść do sedna sprawy.