Logika wydarzeń jest nieubłagana. Oto pan premier Marek Belka najpierw coś ogólnie mówił o większej wrażliwości społecznej. I dostał kosza w trakcie głosowania o wotum zaufania - posłowie sami mają usta pełne tego określenia, więc doskonale wiedzą, że nic się za nimi nie kryje. A więc - żeby uprzyjemnić posłom swój rząd - Marek Belka zaczął już być nieco bardziej konkretny w sprawach owej wrażliwości społecznej. I wyszło po janosikowemu - dać ubogim niższe podatki, zabrać bogatym, nakładając na nich wyższe. Czyli głupio.
Na dodatek - owe zabieranie miałoby się odbywać pod hasłem aktywizacji zawodowej bezrobotnych. Niby, że jak nowo zatrudniony były bezrobotny, będzie płacił mniejszy podatek, to chętniej zabierze się do pracy? Czy też chętniej będzie zatrudniany przez przedsiębiorców? Bez wątpienia, jakiś sens w tym jest - otóż niższe podatki to niższa płaca brutto, a więc - nieco mniejsze składki na ZUS itd. Ale co z tego - skoro pracodawca, według innych planów naszego jaśnie gabinetu, ma dostać kredyt ZUS-owski i nie płacić składek w ogóle.
No - nie tyle w ogóle, co do pewnego momentu. W końcu musi być jakiś okres pracy, po którym bezrobotny przestaje być bezrobotnym. Efektu chyba łatwo się domyślić - ów były bezrobotny albo trafi na bruk ponownie, albo - w najlepszym dla niego przypadku - z roboty wyleci ktoś inny. Tylko co to ma wspólnego z ograniczaniem bezrobocia - nie wiem.
Będzie miało inne konsekwencje - wielu pracowników straci pracę tylko dlatego, że nie byli bezrobotni i nie przysługuje im ów kredyt i niższe podatki. Będą to średniacy - tacy, którzy nie pracują zbyt dobrze, ale nie na tyle źle, aby ich się pozbywać w okresie dekoniunktury itd. Po pewnym czasie dojdą oni do wniosku, że nie ma co się wysilać, bo w końcu to i tak państwo zdecyduje, kogo się bardziej opłaca zatrudniać. Państwo straci to źródło podatków, a parę rodzin - źródło utrzymania. Zyskają za to świadomość, że tak naprawdę o tym, czy pracują, czy nie - decyduje państwo i jego widzimisię. Po co się więc wysilać? Taką samą świadomość mają też bezrobotni. I dzięki "wrażliwości społecznej" kolejnych gabinetów nasze państwo będzie miało coraz więcej ludzi nieprzyzwyczajonych do samodzielnego działania, bo tylko o nich dba i tylko nimi się interesuje.
Nie interesuje się za to tymi, którzy - było nie było - płacą podatki. Bo jeśli ktoś sobie wyobraża, że to firmy płacą, bardzo się myli. Na te podatki, które płyną w ramach CIT, zrzucają się nabywcy towaru. Czyli - na końcu - osoby fizyczne. Ci sami, którzy płacą podatek od dochodów osobistych oraz - VAT i akcyzę. To, ile tych ostatnich zapłacą, zależy również od tego, ile pieniędzy zostawia im w rękach państwo pod odliczeniu podatków bezpośrednich. Jeśli więc - dla wyhodowania sobie kolejnych rzesz osób pozbawionych samodzielności - pozostałym podatnikom zabierze się więcej, mniej będzie płynąć z VAT i akcyzy. Dla państwa w krótkim terminie żaden efekt, wiec nie rozumiem jego sensu.