Na poniedziałkowej sesji nie doszło do żadnych rozstrzygnięć. Zresztą ze względu na świąteczny dzień w Stanach Zjednoczonych chyba nikt na to nie liczył. Ataki terrorystów w Arabii Saudyjskiej zaniepokoiły inwestorów w Azji i tamtejsze rynki zakończyły notowania pod kreską, w Europie zmiany były kosmetyczne - Paryż i Frankfurt poszły nieco w górę. Wciąż pozostają obawy, że indeks Dow Jones Stoxx, mierzący koniunkturę na giełdach europejskich, wykonał w ostatnich dniach ruch powrotny po wyłamaniu się dołem z rocznego kanału wzrostowego. W konsekwencji w najbliższym czasie powinien powrócić do zniżek.
Przedłużająca się konsolidacja na amerykańskich giełdach zaczyna przypominać to, co działo się na przełomie 2001 i 2002 r. Wtedy indeksy przez ok. 5 miesięcy pozostawały w trendach bocznych. Zakończenie stabilizacji notowań przyniosło kontynuację bessy, która przybrała postać gwałtownej wyprzedaży akcji. Patrząc na zagrożenia, jakie stoją przed amerykańską gospodarką, związane z dążeniem chińskich władz do schłodzenia gospodarki oraz zbliżającym się rozpoczęciem cyklu podwyżek stóp procentowych w USA, prawdopodobne jest, że i tym razem zrealizuje się taki scenariusz. Byki jednak mogą mieć nadzieję na powtórkę nie z 2002 r., a z 1994 r., kiedy rynki mężnie znosiły szybkie podnoszenie kosztów pieniądza (w ciągu roku stopy procentowe zwiększyły się z 3% do 6%). W 1994 r. indeksy pozostawały w trendzie horyzontalnym przez 12 miesięcy. Jego zakres wynosił ok. 10%. W tej sytuacji można przyjąć, że czas jest teraz sprzymierzeńcem byków.
Wciąż bardzo ważne pozostaje to, co dzieje się i będzie dziać na emerging markets, głównie w Azji i Ameryce Łacińskiej. Brazylijska Bovespa, po odbiciu od półtorarocznej linii trendu zwyżkowego, odrobiła 38,2% spadku rozpoczętego pod koniec stycznia tego roku. Połowę strat z przełomu kwietnia i maja odreagował tokijski Nikkei. W jego przypadku martwi jednak spadek dziennego MACD do najniższego poziomu od jesieni 2002 r.