Czwartkowe sesje na Wall Street rozpoczął się od spadków głównych indeksów. Można było to wiązać z danymi makroekonomicznymi, jakie wczoraj dotarły na rynek. Wzrost majowej inflacji w cenach producenta (0,8%, wobec oczekiwanych 0,6%), w połączeniu ze spadkiem nowych bezrobotnych (o 16 tys., do 336 tys.) oraz zwyżką o pół procentu indeksu wskaźników wyprzedzających koniunkturę (LEI) - to mieszanka powodująca zwiększone ryzyko podwyżki stóp procentowych przez Fed. A tego właśnie amerykańscy inwestorzy obawiają się najbardziej.
Z punktu widzenia analizy technicznej, w ciągu ostatniego tygodnia na wykresach nie zaszły większe zmiany. Główne indeksy w dalszym ciągu pozostają na poziomie górnego ograniczenia czteromiesięcznych kanałów spadkowych. Od tego, kto zwycięży na obecnych poziomach, zależeć będzie koniunktura w najbliższych miesiącach. Zdecydowane odbicie od oporów przekreśli szansę na letnią hossę w USA. A jeżeli jeszcze ruch ten znajdzie potwierdzenie w spadku indeksów poniżej minimów z 17 maja br., to będzie można już otwarcie mówić o powrocie bessy. Żeby jednak tak się stało, konieczne jest szybki wzrost inflacji, który zmusi Fed do gwałtownych podwyżek stóp procentowych. Bo tylko to może załamać tamtejszy rynek.
Alternatywą dla powyższego scenariusza jest oczywiście wybicie górą z opisywanych kanałów. Zakładając, że na głównych wykresach mamy do czynienia z formacją flagi, to najbliższe 12 miesięcy powinny upłynąć pod znakiem bardzo dużego wzrostu (Średnia Przemysłowa - 13100 pkt, Nasdaq Composite - 2850 pkt). Niestety trudno to pogodzić z perspektywą nieuniknionej podwyżki stóp procentowych. Zresztą przeciw fladze przemawia również czas kształtowania się formacji, czy też struktura obrotów. Dlatego też uważam, iż ewentualne wzrosty, których następstwem będzie nieznaczne pokonanie tegorocznych szczytów, nie powinny potrwać dłużej niż do końca wakacji. Tym samym powrotu spadków oczekuję we wrześniu, czyli w ostatnim możliwym terminie wynikającym z tzw. cyklu prezydenckiego.