Po dotarciu w środę WIG20 do 1700 pkt, wczorajsza sesja miała dać odpowiedź na pytanie o rzeczywistą siłę kupujących. Przebieg notowań dał poważny argument do ręki tym, którzy z podejrzliwością patrzyli na poniedziałkowy wzrost. Można odnieść wrażenie, że w kolejnych dniach rynek rósł raczej siłą rozpędu po zwyżce z początku tygodnia, niż w efekcie pojawienia się większego kapitału na rynku. Widać to po aktywności inwestorów. Nawet test najważniejszego w tej chwili oporu (przynajmniej jest tak traktowany przez większość rynku) nie pobudził do aktywniejszego handlu. Pod względem obrotów czerwiec będzie prawdopodobnie najgorszym miesiącem od roku. Obecny tydzień zapowiada się natomiast jako najgorszy w tym roku.
To pokazuje, że marazm jest coraz większy. W tej sytuacji rynek staje się podatny na przypadkowe zmiany cen. Z jednej strony, inwestorzy z dozą niepewności spoglądają na koniunkturę gospodarczą w II połowie roku. Jest prawdopodobne, że się pogorszy szczególnie w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami roku, ale nie wiadomo, w jak dużym stopniu. To zniechęca do kupowania papierów po coraz wyższych cenach. Z drugiej strony, utrzymuje się nadzieja na letnią hossę i tym samym sowite zyski, co każe nie spieszyć się ze sprzedażą akcji.
Jednocześnie historia naszej giełdy nie uzasadnia wiary w letnią hossę. Poza 1994 i ubiegłym rokiem nie występowały latem spektakularne zwyżki. Co więcej, równie często indeksy mocno traciły, co rosły.
Wydaje się, że w najbliższych tygodniach decydującym czynnikiem o koniunkturze na naszej giełdzie będą informacje napływające ze światowych parkietów. Na nich oczekiwania na letnią hossę są zdecydowanie większe niż u nas. W związku z tym właśnie rozpoczęte lato będzie bardzo dobrą okazją do zakończenia półrocznych trendów horyzontalnych. Albo znajdą się wystarczające pieniądze, by pociągnąć kursy ponad tegoroczne maksima, albo rozczarowani inwestorzy zaczną się pozbywać papierów.