Po wygaśnięciu czerwcowej serii futures na WIG20 presja sprzedających zmalała, co pozwoliło na odbicie indeksów. Wzrost cen akcji nastąpił dziwnym zbiegiem okoliczności pod koniec półrocza, co powinno mieć dobry wpływ na wycenę portfeli funduszy inwestycyjnych, więc czysto teoretycznie co najmniej do połowy tygodnia nie powinno szybko spadać. Indeks WIG20 po raz kolejny walczy z 1700 punktów i nie dlatego, że jest tu jakaś tajemnicza luka, czy jakieś wielkie opory, ale najwyraźniej dużym graczom się nie chce kupować. Sprzedawanie kontraktów w okolicy 1700 punktów i czekanie na spadek indeksów w ostatnim czasie jest bardzo skuteczne, ale powoli staje się nudne. Ile razy możemy przerabiać ten zgrany scenariusz? Pewnie tak długo, aż większość spekulantów uwierzy, że szczyt hossy mamy już za sobą. Zarabiając kilkakrotnie pieniądze na "prostym graniu" czujność ich może zostać uśpiona. Nagłe przebicie szczytów może przynieść potężne straty krótkim pozycjom. Ten scenariusz wbrew pozorom jest bardzo prawdopodobny, gdyż uspokojenie na scenie politycznej może zachęcić zagranicznych inwestorów do zakupów naszych akcji.
Po raz kolejny warszawska giełda podąża własnymi ścieżkami, nie reagując na to, co dzieje się na rynkach światowych. Szkoda, bo na rynkach amerykańskich i w Japonii indeksy wyglądają obiecująco (dla posiadaczy akcji). Szczególnie skazany na "pożarcie" Nikkei odzyskał swoją świeżość i notuje rekordowe od kilku tygodni poziomy.
Czeka nas ciekawy tydzień, który przyniesie odpowiedź, czy ostatnie zwyżki były tylko "zabiegiem księgowym" naszych instytucji, czy też jesteśmy świadkami powstawania kolejnej fali hossy. Ostatni dwumiesięczny marazm powinien przynieść duży ruch cen. Nie wierzę, by bezkarne sprzedawanie futures przy 1700 punktów mogło trwać wiecznie. Może piątkowa sesja jest tego przedsmakiem. W przypadku optymistycznego rozstrzygnięcia WIG20 bez trudu powinien dotrzeć do 1900 punktów.