Skończyło się Euro 2004. Skończyły się tym samym także okazje inwestycyjne (za mistrzostwo Greków płacono 1:80), potwierdzające giełdowe przysłowie, że większość się myli. Większość pomyliła się też dzisiaj, sądząc że będę pisał o sesji na GPW. Obroty na akcjach z WIG20 nie przekroczyły przecież pierwszej setki (75 mln zł), a dopiero to uprawniałoby do poruszania tematu kontraktów. Druga setka w obrotach to zwykle analityczny dylemat, a dopiero trzecia daje wiarygodny sygnał. Ale w całej tej przygnębiającej aktywności są i dobre wiadomości. Po pierwsze gorzej w tym roku nie było, a po drugie kolejny taki poniedziałek (bez USA) dopiero 6 września.
Z nudy zobaczmy na schemat szczytów w USA. Powszechnie wiadomo, że środowisko rosnących stóp procentowych rynkom akcji nie sprzyja. Należy jednak jeszcze zapytać, czy negatywny jest już sam początek tego procesu, czy też dopiero podniesienie stóp procentowych do określonego poziomu? Odpowie historia.
W ostatnich 45 latach dziewięciokrotnie możemy wyznaczyć początek podwyżek. Negatywny wpływ na rynek akcji jest niepodważalny. Okazuje się jednak, że szczyt S&P 500 zrobiony został niemal zawsze już po(!) pierwszej podwyżce. Tylko raz, na początku 1977 r. szczyt wyprzedził zacieśnienie polityki monetarnej o miesiąc. Z kolei najdłuższy okres wyczekiwania na górkę to rok 1967 (16 miesięcy) oraz 1999 r., gdy koniec hossy internetowej wyznaczony został dopiero po 14 miesiącach. Wykluczając te skrajne przypadki, można przyjąć, że szczyt na S&P 500 wyznaczany był 5-10 miesięcy po rozpoczęciu podwyżek. Przy czym ta druga wartość dokładnie odpowiada załamaniu (50%) w latach 1973/74 oraz krachowi z 1987 r. Wnioski? S&P 500 powinien jeszcze ustanowić szczyt. Pytanie jednak po co, skoro za 5-10 miesięcy rozpocznie się długi i silny spadek.