Przełomowa sesja? Gdyby obrót akcjami wyniósł 500 mln, to takie zdanie pojawiłoby się tutaj obligatoryjnie. Wtedy wzrost z otwarcia uznany byłby za klasyczną euforię, a następnie mielibyśmy odwrót przegrzanego rynku. Tyle tylko, że mała euforia była wczoraj jedynie na kontraktach. A przecież to nie ogon macha psem, ale pies ogonem, więc patrzeć trzeba głównie na rynek kasowy. Rozciąganie bazy to jedynie folklorystyczny element naszego rynku, a nie sygnał kupna/sprzedaży.

Kolejne emocje wywołać może choćby wysyp publikacji wyników amerykańskich gigantów (dzisiaj Johnson & Johnson, Juniper, Intel). Nie jestem tutaj optymistą, bo trzeba by oczekiwać cudów. Choć to jak zwykle subiektywna fundamentalna ocena przewartościowania rynku. Z drugiej strony ktoś mógłby przecież przytoczyć choćby analizę Ibbotson Associates, w której policzony został wskaźnik C/Z dla indeksu S&P500 nie na podstawie obecnych zysków, ale na podstawie prognoz na rok 2005. Okazuje się, że dzięki temu spółki wchodzące w skład indeksu w końcu nie są wyceniane powyżej historycznej średniej. Wskaźnik C/Z liczony od 1926 r. wynosi średnio 15 - tyle, ile obecnie przy założonych na 2005 r. zyskach. Na miejscu byków bym się jednak nie cieszył, bo jedyne co teraz indeksy mogą zrobić, to poczekać przy obecnych poziomach na spełnienie tych nieco przesadzonych prognoz.

Do tych publikacji dojdzie jeszcze mocno wypełniony kalendarz danych makroekonomicznych. Dzisiaj na wokandzie seria bilansów, od amerykańskiego handlowego za maj i budżetowego w czerwcu począwszy, na polskim płatniczym za maj kończąc. Jest więc szansa, że w tym tygodniu zakończymy najnudniejsze od 10 lat półrocze, bo tak po analizie zmienności rynku (udostępniana przez First Boston) trzeba nazwać ostatnie miesiące.