Mamy nowego ministra finansów. Oczywiście, przy okazji zmiany zaczęto plotkować na temat jej przyczyn. Mniejsza jednak o to. O wiele ciekawsze jest, czy nowy minister będzie w ogóle w stanie coś zrobić. Czasy są bowiem trudne.
Zadłużamy się coraz bardziej, w efekcie rośnie wskaźnik zadłużenia finansów publicznych w stosunku do PKB. Bo choć PKB też rośnie, i to nadspodziewanie szybko, wciąż jest to o wiele za mało, aby zrekompensować wzrost w liczniku powyższego wskaźnika. 2003 rok był rokiem wstrząsu, przynajmniej w tym sensie, że wreszcie otwarcie i wprost zaczęto o tym problemie mówić, strasząc, i słusznie, perspektywą załamania finansów publicznych. Minęło jednak parę miesięcy, gospodarka zaczęła się szybciej rozwijać, posypał się rząd, wchodziliśmy do Unii, generalne trudna sytuacja finansów publicznych stała się nudna. No bo jak tu w kółko gadać o tym samym? Jeśli już, to koncentrowano się na stanie służby zdrowia (czytaj: próbami niedopuszczenia do kompletnego załamania czegoś, co już chyba nawet nie zasługuje na określenie "system").
W szczególny sposób do wyciszenia złowrogich proroctw dotyczących tego, co się stać może, przyczynił się wspomniany przeze mnie wzrost gospodarczy. Po pierwsze dlatego, że z założenia, gdy jest lepiej, to mniej myślimy o niebezpieczeństwach. Po drugie, wyższy wzrost, to wyższe dochody budżetu. Niestety, w naszym przypadku te kilka miliardów złotych przy skali problemów nie ma większego znaczenia. Ale kto by na to patrzył w sytuacji, gdy wybory są tuż-tuż? Lepiej przecież trochę wydać i przekonać do siebie co poniektórych wyborców. Bo nawet jeśli kataklizm nastąpi, to i tak nas już dawno nie będzie. Przynajmniej w parlamencie.
Nie ma już raczej szans, abyśmy ten rok skończyli poniżej 55% długu w stosunku do PKB. Złoty musiałby się umocnić jeszcze o kilkadziesiąt procent, co, mówiąc delikatnie, jest możliwe tylko teoretycznie i na co nie liczą nawet nasi, skłonni do wiary w cuda, politycy. Przekroczenie bariery 60% jest całkiem realne. - I co z tego? - powiedzą niektórzy. Przecież wiadomo, że i tak nikt się nie odważy dokonać rzeczy, których dokonać nakazuje w przypadku przekroczenia magicznych 60% długu konstytucja. To prawda. Z całą pewnością w takiej sytuacji doszłoby np. do zmiany odpowiedniego zapisu. Nie o to jednak chodzi. Jeśli nie zrobimy porządku z finansami publicznymi, to możemy zapomnieć o długofalowym wzroście gospodarczym.
Nikt nie wątpi w kompetencje nowego ministra finansów. Wszystkim musi się też podobać to, co mówił jeszcze przed objęciem funkcji. Zajęcie się porządkowaniem systemu prawnego i zacieśnianiem polityki fiskalnej to jest właśnie to, o co chodzi. Niestety, koncepcje ministra to za mało, przekonał się o tym choćby Jerzy Hausner. Jakiekolwiek zmiany muszą być zaakceptowane przez parlament. I tu pojawia się problem. Czy ten parlament stać jeszcze na dokonanie jakichś reform? Czy w obliczu zbliżających się wyborów możemy liczyć na podjęcie niepopularnych decyzji, a przecież i takie będą konieczne? To pytania, które na razie pozostają bez odpowiedzi. Nowy minister będzie się zresztą musiał zderzyć nie tylko ze swoim zapleczem politycznym, ale także z nieskorymi do zmian, szczególnie do zmian z ich punktu widzenia na niekorzyść, urzędnikami. W przypadku posłów możemy jeszcze liczyć na to, że zrobią oni wszystko, aby się utrzymać na swoich stołkach (właściwie w ławach). Zagrożenie wcześniejszymi wyborami może im nakazywać głosowanie za tym, czego chce minister finansów. Niestety, w przypadku urzędników ta zasada nie działa.