W Polsce problemów mamy wiele. Część z nich wraca cyklicznie, a dzieje się to wtedy, gdy realia zagrożą jakiejś silnej grupie interesów. Do problemów takich należy sprowadzanie samochodów z zagranicy. Szczególnie tych uszkodzonych.

Z jednej strony mamy producentów i dealerów samochodów nowych, którzy - co zrozumiałe - chcą sprzedać jak najwięcej i jak najdrożej. Z drugiej strony mamy handlowców, zwanych potocznie handlarzami, którzy chcą dokładnie tego samego, tyle że obiektem ich zainteresowania są samochody używane. Ktoś powie: co za problem? Przecież na rynku jest, można powiedzieć, więcej: musi być, miejsce i dla jednych, i dla drugich. Niestety, w praktyce nie jest tak różowo.

Wciąż jesteśmy narodem stosunkowo mało zamożnym. Innymi słowy, na samochody nowe, szczególnie droższe, albo nas nie stać, albo wydatek związany z zakupem jest poważnym obciążeniem domowego budżetu. W takiej sytuacji pojawia się dodatkowa presja tych, którzy sprzedają nowe auta, żeby "zachęcić" do ich kupowania, ograniczając dostępność używanych. Gdzie tu miejsce na wolny rynek? Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nakładania wysokich opłat celnych, czy też rejestracyjnych, na samochody używane sprowadzane z zagranicy. Pamiętajmy, że wspierając w ten sposób jeden rynek ogranicza się drugi. Zresztą Polacy kupują dużo tanich aut używanych. Ich kupno nie jest więc wyborem między nowym mniejszym a używanym większym, ale między kupić albo wciąż samochodu nie mieć. Ważne jest również to, że jeśli będziemy się dynamicznie rozwijać, będziemy coraz bogatsi i tym samym będzie nas stać na coraz więcej, coraz lepszych samochodów. Także, a może przede wszystkim, nowych. Z punktu widzenia gospodarki nie ma dowodu na to, że bardziej opłaca się w obecnej sytuacji bronić krajowy przemysł motoryzacyjny. Tysiące firm zajmujących się handlem używanymi autami (handlarzy, jak kto woli), warsztatów samochodowych, lakierni, punktów sprzedaży części itd., itp. daje utrzymanie dziesiątkom tysięcy ludzi. Nie przemawia do mnie argument o ochronie "polskich producentów". Choćby dlatego, że i tak większość polskiej produkcji zakładów Opla, Fiata czy Volkswagena trafia na eksport.

Pamiętajmy jednak o tym, i tu przechodzę do sedna sprawy, że po drogach muszą jeździec samochody bezpieczne i nie zatruwające nadmiernie środowiska (bo póki co każdy samochód wyposażony w silnik spalinowy truje; problem tylko w tym, jak bardzo). Musimy się więc skupić na kontroli technicznej, na walce z nadużyciami w tym względzie. Dlatego zdecydowanie popieram ostatnio zapowiadane decyzje ministerstwa infrastruktury. Samochód powypadkowy wcale nie musi być niebezpieczny, jeśli jest tylko dobrze naprawiony (chyba że uszkodzenia są zbyt duże). Gdyby w sporcie rajdowym po każdym wypadku budowano nowy samochód, połowa zespołów musiałaby zbankrutować. Podobnie jest z przebiegiem silnika. Wcale nie musi być tak, że auto, które ma 300 tysięcy kilometrów na liczniku, jest kopcącym niszczycielem środowiska. Wystarczy więc tylko wymusić rzetelną ocenę stanu technicznego, a nie ulegać wpływom lobby producentów i sprzedawców nowych aut. Że w Polsce naprawia się taniej? To prawda, ale dlaczego w związku z tym karać polskich rzemieślników, ograniczając im liczbę zleceń blokadą importu?

Czy bardziej zaostrzone kryteria kontroli uda się wyegzekwować? Tu rzeczywiście można mieć wątpliwości. W końcu już teraz obowiązujące przepisy powinny wyeliminować wcale nie małą część aut jeżdżących po polskich drogach. Niestety, nie eliminują, a tajemnicą poliszynela jest, że na niektórych stacjach kontroli pojazdów badanie techniczne można załatwić bez samochodu. Potrzebny jest więc odpowiedni mechanizm, przecież zaostrzone badania będą przeprowadzane na tych samych stacjach. Wzmożone kontrole? Prowokacje policji? Brzmi to złowieszczo, ale pamiętajmy, że chodzi tu o nasze bezpieczeństwo. Każdy kto choć raz w życiu widział rozbity samochód, który wcześniej miał już wypadek i został niefachowo naprawiony, wie o cProducenci i dealerzy samochodów podnieśli raban, bo sprzedaż im po 1 maja załamała się. Nie wszystkim, ale wielu. Problem jednak w tym, że to głównie efekt zmiany przepisów (przede wszystkim ustawy o VAT) i faktu, że nowe auta zaczęły wyraźnie drożeć. Tylko dlaczego w związku z tym karać importerów aut używanych i tysiące ludzi związanych z tą częścią gospodarki? No i nas wszystkich, bo za auta używane, w przypadku ograniczenia importu, będziemy płacić więcej.