Wtorkowy wzrost nie wziął się znikąd - był konsekwencją wydarzeń, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu. Zaznaczyły się one na wykresie tygodniowym formacją objęcia hossy, a więc jedną z silniejszych świecowych figur zmiany trendu. Sesja środowa dodała jednak łyżkę dziegciu do tej beczki miodu i potwierdzenie formacji "objęcia" stanęło pod znakiem zapytania.
Zanim jednak zajmę się omówieniem wpływu tej sesji na sytuację rynkową, przyjrzyjmy się obrazowi indeksu i podstawowym formacjom, jakie się na nim kształtują. Wtorkowe wyjście z "małej" formacji kanału zapowiadało ruch w okolice 1770 pkt, a więc do poziomu 50-proc. zniesienia kwietniowo-majowej bessy.
By jednak notowania pochodnej wyrwały się z "zaczarowanego kręgu", jakim jest trwający od maja trend boczny, potrzeba sforsowania majowo-lipcowych maksimów na 1738 i 1743 pkt. Wspomniany trend ma na wykresie jeszcze jedno oblicze - jest nim duża formacja kanału. Ta trzymiesięczna figura ograniczona jest od spodu linią łączącą dołki z połowy czerwca i sierpnia, zaś od góry zapędy byków blokuje linia łącząca majowo-czerwcowe szczyty.
Środa stała pod znakiem konfrontacji pochodnej z ową linią. Wynik tej potyczki, przesądzony przez nieoczekiwaną decyzję RPP, spowodował, że na rynek powróciła niepewność. Wsparcie w połowie wtorkowej świecy nie powstrzymało wyprzedaży i pojawiła się formacja zasłony ciemnej chmury, która w najlepszym wypadku oznacza tylko ruch powrotny w stronę pułapu "małego" kanału. W najgorszym jednak może przyczynić się do powrotu notowań pochodnej do szerokiej wersji horyzontu 1617-1740 pkt. To ostatnie kłóci się ze wskazaniami oscylatorów średnioterminowych, gdzie ROC i RSI pokonały we wtorek roczne trendy spadkowe.