Pod znakiem niewielkich zmian indeksów przebiegły wczorajsze sesje na największych światowych giełdach. Brakowało wiadomości ze spółek, dlatego inwestorzy zwracali przede wszystkim uwagę na informację dotyczące gospodarki. A te były różne. Dzień rozpoczął się od ponownego wzrostu cen ropy, do czego na pewno przyczyniły się informacje o katastrofie dwóch samolotów w Rosji (obawiano się, że to efekt zamachów terrorystycznych, choć władze rosyjskie raczej wykluczyły taki scenariusz). Później ropa nieco staniała po publikacji danych o zapasach tego surowca w USA. Mieszane uczucia powodowały też amerykańskie wskaźniki makroekonomiczne. Z zadowoleniem można było przyjąć informację, że w lipcu o 1,7%, czyli więcej niż się spodziewano, wzrosły zamówienia na dobra trwałego użytku. Z drugiej strony inny raport, mówiący o spadku liczby sprzedanych nowych domów, rozczarował rynek. W takich warunkach najważniejsze indeksy amerykańskiej zanotowały w pierwszej połowie sesji niewielkie zmiany.
Podobnie było na Starym Kontynencie. Można było zauważyć jednak pewną tendencję. Otóż łupem inwestorów stawały się przede wszystkim akcje spółek z takich branż, które są bardziej odporne na cykliczne zmiany koniunktury, takich jak producenci farmaceutyków czy firmy specjalizujące się w handlu artykułami pierwszej potrzeby. To te spółki mogą liczyć na to, że ich wyniki nie będą się pogarszać. A oczekiwania jeśli chodzi o rezultaty europejskich firm są coraz mniej optymistyczne. Według prognoz brytyjskiej firmy JCF Group, w 2005 r. zysk spółek wchodzących w skład indeksu Dow Jones Stoxx 600 wzrośnie średnio o 10%, czyli o połowę wolniej niż w roku bieżącym.
Giełdowi gracze boją się spowolnienia tempa wzrostu zachodnioeuropejskiej gospodarki w II półroczu, bo takie sygnały nadchodzą np. z Niemiec. Na nic zdają się zapewnienia prezesa Europejskiego Banku Centralnego - Jean-Claude Tricheta, który stwierdził w radiowym wywiadzie, że - jego zdaniem - zwyżka cen ropy nie ograniczy tempa wzrostu gospodarki strefy euro.