Manipulacja kursami akcji na Giełdzie Papierów Wartościowych ma długą tradycję. W początkowym okresie rozwoju rynku, gdy nie było notowań ciągłych, a jedynie system jednolitego kursu dnia nazywany fixingiem (przez lata przez przedstawicieli giełdy pokazywany jako najdoskonalszy i najlepszy system notowań), sprytni inwestorzy zauważyli pewną jego niedoskonałość.
W pionierskich latach GPW wprowadzono zasadę, że jednego dnia kurs spółki może maksymalnie zmienić się o +/- 10%. Do tej reguły dodano: jeśli popyt na akcje danej spółki był kilkakrotnie wyższy od podaży ogłaszano tzw. redukcję kupna - zlecenia kupna były proporcjonalnie redukowane. Jeśli ktoś złożył zlecenie na 1000 akcji, a redukcja wyniosła 50%, to nabywał jedynie 500 walorów. Taka sprawiedliwość społeczna w dobie wolnego rynku. Na tym nie koniec - jeśli popyt przewyższał bardzo znacząco oferty sprzedaży, kurs wyznaczano na maksymalnym dopuszczalnym poziomie +10% i ogłaszano ofertę kupna ("ok"). Oznaczało to, że nie dochodziło do transakcji, a kurs i tak się zmieniał.
No i zasada najważniejsza - jeśli przez trzy sesje z rzędu utrzymywała się ta istotna nierównowaga, ograniczenia zmiany cen były znoszone i następowała prawdziwa wolna amerykanka.
Ów system szybko wykorzystało sprytne grono inwestorów. Wystarczało bowiem złożyć na relatywnie mało płynne akcje (np. z dziennym obrotem 15 tys. sztuk) ofertę kupna np. na 50 000 papierów, by akcje zwyżkowały o 10 procent i doszło do redukcji kupna. Jeśli ktoś miał szczęście, występowała oferta kupna i jego wkład kapitałowy w podniesienie ceny akcji był równy zero. Oczywiście, nim rozpoczynał "pompowanie kursu", dyskretnie kupował pakiet akcji. Proceder składania dużych zleceń powtarzany był drugiego i trzeciego dnia. Gdy następowało uwolnienie kursu, rynek był już z reguły rozgrzany do czerwoności. Sprytny inwestor składał zlecenie sprzedaży swojego pakietu, a grono frajerów kupowało wszystko, co chciało.
Mimo że tego typu manipulacje były ewidentne i zda-