Wczorajsza sesja należała do tych dziwnych. Byki przez pięć godzin zdobywały przewagę, żeby roztrwonić ją w ostatnich 60 minutach. W efekcie cały wysiłek poszedł na marne, a zamiast potwierdzenia przewagi, popyt pokazały swoją słabość. Jednak nie zawsze to, co się widzi, okazuje się prawdą - wg mnie końcówka notowań to zwykła zasłona dymna, żeby zbytnio nie rozbudzać apetytów na wzrost. Spójrzmy bowiem na wykres WIG20 - jakby on wyglądał, gdyby indeks zakończył dzień w pobliżu maksimów? Otóż, pierwsze co rzucałoby się w oczy, to biała świeca zamykająca lukę bessy z 29 kwietnia br. (1768-1785 pkt). Tym samym po wtorkowym przełamaniu oporu, jaki na poziomie 1770 pkt tworzyło 61,8-proc. zniesienie spadków z przełomu kwietnia i maja, upadłaby ostatnia linia obrony niedźwiedzi. Oficjalnie więc otwarta zostałaby droga do szczytu z 13 kwietnia (1869 pkt). W tej sytuacji wzrost do tego poziomu mógłby odbyć się w jeden dzień. A być może nie wszystkim taki rozwój wypadków odpowiada.

W obecnej sytuacja, chociaż luka bessy nie jest już groźna, a przewaga popytu nie podlega żadnej dyskusji (wystarczy spojrzeć na wskaźniki albo korpusy świec), to za sprawą górnego cienia piątkowej świeczki, nie dla wszystkich test kwietniowych maksimów jest oczywisty. I to właśnie ta ściana strachu będzie doskonałą pożywką dla dalszych zwyżek. Zwyżek, które być może wzorem węgierskim, wyniosą indeks znacznie powyżej wiosennych szczytów.

Przewaga popytu znajduje potwierdzenie na wykresie tygodniowym. Czwarta już kolejna biała świeca będzie zachęcać do dalszych zakupów. Tak samo jak powrót MACD powyżej swojej średniej, po wcześniejszym zawróceniu nad linią równowagi. Takie zachowanie tego wskaźnika to sygnał, że rozpoczęte w kwietniu spadki były tylko i wyłącznie korektą trendu wzrostowego.

Za wzrostami przemawia również kontrariańska interpretacja wskaźnika Wigometr. Wśród ankietowanych 36% oczekuje zwyżki, natomiast aż 48% spadku wartości indeksu WIG20 na koniec przyszłego tygodnia. Ten brak wiary we wzrost to niewątpliwie woda na młyn byków.