Komisja Europejska w połowie września podjęła decyzję, że należy zliberalizować rynek części zamiennych. Na mocy obowiązującej obecnie w Unii dyrektywy, koncerny samochodowe mają prawo zastrzec wzory części pojazdów, które produkują. W ten sposób monopolizują rynek.

Jeśli wejdzie w życie nowa unijna dyrektywa - widoczne elementy (m.in. lusterka, zderzaki, szyby) będzie mógł produkować każdy. Według UE dopuszczenie konkurencji, do wartego 10 mld euro rocznie rynku części zamiennych, spowoduje obniżkę ich cen o 6-10%. KE uważa, że rozwiązanie to będzie bardzo korzystne dla konsumentów. Polski rząd nie podziela jednak entuzjazmu Brukseli. Zdaniem J. Piechoty, proponowane zmiany są przedwczesne i odbiją się na cenach pojazdów. Według wiceministra, jeśli dojdzie do proponowanej przez Unię liberalizacji rynku - to mogłoby to spowodować wzrost cen samochodów. - Koncerny samochodowe prześcigają się obecnie w obniżaniu cen pojazdów, stosując rozmaite promocje, a obniżki rekompensują sobie wyższymi cenami ze sprzedaży części - tłumaczy powody podwyżek wiceminister gospodarki.

Polska Izba Motoryzacyjna jest zaskoczona taką argumentacją. - W naszym kraju wzory części zastrzegły tylko dwie firmy, i to tylko w dwóch markach samochodów - powiedział Marek Konieczny, członek zarządu PIM. Dlatego, jego zdaniem, unijne zmiany nie dotkną sprzedających samochody w Polsce. - Stanowisko strony rządowej nie jest do końca przemyślane, a ministrowi byłoby bardzo trudno udowodnić swoją tezę dotyczącą rekompensowania cen części cenami samochodów - uważa M. Konieczny. Podobnego zdania są także sami zainteresowani - czyli producenci. - Nie uzależniamy cen pojazdów od cen części. Są to dwa zupełnie inne rodzaje polityki cenowej - powiedział Bogdan Głód, dyrektor serwisu w Fordzie. Producenci przyznają, że podwyżki cen samochodów w Polsce są nieuniknione. Jednak tłumaczą je dostosowywaniem cen do poziomu w innych krajach UE.