Myślałem, że nasz rząd już mnie niczym nie zaskoczy. A jednak. Okazało się bowiem, że ministrowie mają pomysł na zwalczenie szarej strefy. Problem w tym, że na razie koncepcja jest tajna. Nikt, z wyjątkiem oczywiście autorów, nie wie, o co chodzi.
Jak świat długi i szeroki, szara strefa funkcjonuje całkiem nieźle. Przy czym obowiązuje ogólnie znana zasada, że im większe obciążenia podatkowe lub parapodatkowe, tym szara strefa większa. Generalnie nikt nie ma z tą zasadą problemów, bo jest ona dość logiczna. Skoro podmiot, wszystko jedno, czy będzie nim przedsiębiorstwo, czy też osoba prywatna, ma więcej płacić, to musi się w nim rodzić wrogość i chęć obejścia obowiązujących przepisów. Stąd już krok do szarej strefy i ukrywania dochodów. Najprostszym sposobem walki z szarą strefą jest więc obniżanie podatków.
Oczywiście, w Polsce musi być inaczej. Oto bowiem mamy budżet na 2005 rok. Budżet sam w sobie nie jest zły, deficyt nam się, a jakże, zmniejsza. Problem w tym, że on się w znacznej mierze zmniejsza dlatego, że rosną obciążenia podatkowe. No dobrze, niech będzie podatkowe i inne, formalnie np. składki na ubezpieczenie społeczne podatkami nie są, ale skoro i tak przedsiębiorcy płacić je muszą, to właściwie z ich punktu widzenia nie ma różnicy, jak je teoretycy będą klasyfikować. Jednocześnie dowiadujemy się, że poszerzona zostanie baza podatkowa. Oznacza to, że więcej podmiotów będzie płaciło podatki. Czyli albo opodatkuje się tych, którzy dotychczas nie musieli płacić, albo zmusi się do płacenia tych, którzy od obywatelskiego obowiązku się uchylali. Przedstawiciele rządu mówią, że w ich przypadku chodzi głównie o to drugie. Walka ma być skuteczna i przynieść dodatkowe 3,5 mld złotych. Powodzenia! Jeśli się uda, będziemy mieli murowanych kandydatów do Nagrody Nobla. Podwyższenie podatków i jednocześnie większa ich ściągalność (stuprocentowa najlepiej) to dwie rzeczy, które jeszcze nigdzie na świecie (przynajmniej w tym w miarę cywilizowanym) nie szły w parze.
W kontekście podnoszenia obciążeń jeszcze jedna rzecz mi się nasunęła. Oto bowiem podwyższenie składek na KRUS idzie w parze z rozpoczęciem dopłat do produkcji rolniczej. No to teraz odpowiednie ministerstwo zarządzi zapewne utworzenie w bankach specjalnych kont dopłatowo-KRUS-owych. Trafiałyby tam dopłaty bezpośrednie, po czym od razu część środków szłaby na KRUS. Ciekawe, ile zostanie rolnikom, jak się jeszcze uwzględni koszt utrzymania rachunku...? Wystarczy jeszcze na opłaty za internet? Przyda się. Dzięki niemu rolnik będzie sobie bowiem mógł wypełnić i złożyć PIT-a (wariant dostępny od stycznia 2005) i ten podatek zacznie go bowiem zapewne obowiązywać. Paranoja...
Oczywiście, nie mam nic przeciwko opodatkowaniu produkcji rolniczej czy też reformie KRUS. Wszystko pod warunkiem wszakże, że uwzględni się wszystkie koszty ponoszone przez rolnika, w tym koszty pracy itd. Chodzi mi tylko o to, że nasze państwo, mimo tego co mówią nasi włodarze, staje się coraz bardziej nieprzyjazne obywatelowi i coraz bardziej go łupi. Czy to się w końcu kiedyś zmieni?