Zarówno spadek kontraktów, jak i indeksu nie przekroczył wczoraj 1%. Sesja miała jednak fatalny przebieg i pozostawiła inwestorów w niedźwiedzich nastrojach. Zaczęło się od nieudanego zakrycia poniedziałkowych luk bessy. Wydawało się, że po dość dobrej sesji w USA i w towarzystwie zielonego od rana Eurolandu (węgierski BUX rósł ponad 1%) nie będzie z tym poziomem większego problemu. Opór podaży był jednak dość wyraźny i po zwrocie na poziomie luk było już tylko coraz gorzej.
Osuwanie trwało do samego końca sesji. W międzyczasie paliwa do spadku dostarczały przecieki o prawdopodobnych zmianach w rządzie, choć akurat to tak naprawdę należy odbierać tylko jako usprawiedliwienie słabości rynku. Siłę niedźwiedzi najlepiej pokazało zachowanie na wsparciu indeksu przy 1800 pkt. Poziom ten nie tylko został przebity, ale towarzyszył temu wyraźny wzrost obrotów dzięki dużym transakcjom na kluczowych spółkach. Analogiczne zachowanie widzieliśmy też na kontraktach, gdzie słuszność wybranego kierunku dodatkowo potwierdzała rosnąca liczba otwartych pozycji.
Jest się czym przejmować po takiej sesji? Przyznam, że mam mały dylemat. Z jednej strony choć obroty wyniosły tylko niecałe 300 mln, to można powiedzieć, że zachowanie rynku było wręcz demonstracyjnie fatalne. To sugeruje, że na kolejnych sesjach pozostaniemy pod presją podaży i realizacja zysków może doprowadzić nawet do testowania październikowego dołka. Z drugiej strony jednak znowu idziemy pod prąd rynków światowych, a to będzie umożliwiać gwałtowną zmianę nastrojów na GPW w momencie, gdy choćby na chwilę pojawi się większy popyt. Trzeba także pamiętać, że czwartkowe święto w USA od dzisiaj obniża aktywność i zmienność na większości parkietów.