Do takiej, niemal absolutnej, zgodności dilerów rynku pierwotnego amerykańskich obligacji rządowych doszło po opublikowaniu październikowych danych o bezrobociu, sprzedaży detalicznej i cenach konsumpcyjnych. Wszystkie były większe niż prognozowano. Przed miesiącem jedynie sześciu dilerów spodziewało się podniesienia stóp przed Fed na posiedzeniu wyznaczonym na 14 grudnia.

Zmienili zdanie, gdy okazało się, że w październiku przybyło w USA 337 tys. miejsc pracy, najwięcej od marca i prawie dwa razy więcej, niż prognozowano. Sprzedaż detaliczna bez uwzględniania samochodów zwiększyła się w ubiegłym miesiącu o 0,9%, najbardziej od maja. I wreszcie ceny konsumpcyjne wzrosły o 0,6%, co było ich największą zwyżką do 2001 r. W porównaniu z październikiem ub.r. inflacja wyniosła 3,2%, a średnia dla ostatnich 10 lat to 2,4%.

Właśnie taki poziom inflacji powinien przesądzić o podwyżce stóp procentowych, gdyż w ślad za taką decyzją rosną koszty kredytów zaciąganych zarówno przez konsumentów, jak i przez firmy, a także hipotecznych. Nazajutrz po poprzedniej podwyżce z 10 listopada Citigroup, J.P. Morgan Chase i Bank of America, a więc trzy największe amerykańskie banki, podniosły u siebie oprocentowanie kredytów do 5%. A droższe kredyty hamują wydatki zapobiegając podwyżkom cen.

Przeciwko podniesieniu stóp przez Fed przemawiają dwa względy. Pierwszy ma charakter historyczny. W ostatnich 20 latach bank centralny jedynie dwa razy podnosił stopy w grudniu, natomiast obniżał je w tym miesiącu aż siedmiokrotnie. Drugi argument jest ekonomiczny i polega na tym, że nie trzeba podnosić stóp, bo do ograniczenia wydatków konsumpcyjnych wystarczą rosnące koszty energii spowodowane rekordowymi cenami ropy naftowej.

Od tych rekordowych poziomów z końca października ropa staniała jednak prawie o 14%, natomiast w tym samym czasie o 3% spadł kurs dolara wobec koszyka sześciu głównych walut. To może przyspieszyć wzrost gospodarczy, sprzyjając amerykańskiemu eksportowi, ale jednocześnie podraża import.