Sytuacja techniczna na wykresach głównych amerykańskich indeksów dalej dzieli graczy i analityków. Wynika to z faktu, że aktualnie można, bazując nie tylko na analizie technicznej, ale również fundamentalnej, uzasadnić każdy z możliwych scenariuszy, tzn. spadek, wzrost, jak i trend boczny.

Indeks szerokiego rynku S&P500 pozostaje pod wpływem popytu. Po pokonaniu na początku listopada br. bariery podażowej tworzonej przez układ szczytów z lutego i marca oraz 50-proc. zniesienia bessy z lat 2000-2002 ma otwartą drogę przynajmniej do 1260 pkt (kolejne zniesienie Fibonacciego). Co prawda, od czterech tygodni przewaga byków nie jest już tak wyraźna, ale ciągle jest. Niestety, w ostatnim czasie na wskaźnikach pojawiły się liczne negatywne dywergencje (np. RSI, MACD), które sugerują możliwość zmiany trendu. Nie jest to jedyne ostrzeżenie. Na wykresie tygodniowym tego indeksu również występują podobne dywergencje. A to już sygnał, żeby zachować ostrożność. Zwłaszcza że ostatnie dane makro wcale nie wróżą najlepiej amerykańskiej gospodarce (vide deficyt handlowy czy przepływy kapitału do USA).

Rynek technologiczny zachowuje się podobnie do S&P500. Nasdaq Composite również rośnie przy negatywnych dywergencjach na wskaźnikach. Tu jednak są one mniej wyraźne. Można również mieć pewne zastrzeżenia do jakości ostatnich zwyżek. Każe ona bowiem się zastanowić, czy przypadkiem pokonanie szczytu z 26 stycznia br. (2154 pkt) nie okaże się pułapką zastawioną na byki. Zagrożenie takim scenariuszem jest o tyle duże, że w strefie 2200-2300 znajdują się opory tworzone przez szczyty korekty z połowy 2001 roku.

Patrząc z daleka na zachowanie amerykańskiego rynku trudno oprzeć się wrażeniu, iż jedynie wiara w efekt stycznia uzasadnia obecnie kupno akcji. Stąd to częste w ostatnim czasie ignorowanie złych danych makroekonomicznych. Na dłuższą metę kontynuacja takiego procesu nie jest możliwa. Można więc zakładać, iż o prawdziwej kondycji amerykańskiego rynku przekonamy się dopiero na początku roku.