Inwestorzy szukają różnych prawidłowości pozwalających określić koniunkturę w kolejnym roku. Jedną z nich jest cykl prezydencki, który bykom zdecydowanie w 2005 r. nie służy. Wybór amerykańskiego prezydenta, historycznie patrząc, wyznaczał (plus/minus jeden kwartał) niemal wszystkie najważniejsze szczyty giełdowej koniunktury. Uznaje się to za odzwierciedlenie trudnych reform, które administracja wprowadza tuż po objęciu władzy, by rozgrzać gospodarkę dopiero przed wyborami. Niekiedy były to tylko przerwy w trwającej hossie, ale niekiedy spektakularne załamania. Zresztą daleko nie trzeba szukać, bo najbardziej destrukcyjna fala ostatniej bessy miała miejsce właśnie w pierwszym roku prezydentury Busha.

Inna teoria z kolei mówi, że rok kończący się cyfrą "5" jest jednym z najlepszych dla rynku akcji, co skrupulatnie odnotowało kilku amerykańskich analityków. Ja dodam, że jest tak samo korzystny, jak każdy inny rok. Sztuką w analitycznej obróbce danych jest przecież tylko wybór właściwego okresu. Jeśli weźmiemy wszystkie lata od 1875 r.(13 lat) to zawsze "piąty" rok kończył się wzrostem, a średnia stopa zwrotu to 24,7%. Imponujące. Ale gdy wzorem profesora Jeremy Siegela zbierzemy całą historię amerykańskich parkietów, to od początku XIX wieku ta średnia stopa zwrotu wynosi już tylko 12% i do tego wyprzedza ją rok "ósmy". Coś jednak jest na rzeczy w tej piątce, bo wspomniane lata w większości okresów mimo wszystko wyróżniają się dodatnią stopą zwrotu, a także regularnością wzrostów (85%). By miło skończyć, nie podam statystyki "piątego" roku w analogicznym do obecnego momencie cyklu prezydenckiego (rok po wyborach). I mimo że będzie bardzo ciężko, to w nowym roku życzę wszystkim równie wysokich podatków... od giełdowych zysków.