Rozpoczął się styczeń - miesiąc, z którym wielu inwestorów łączy spore oczekiwania. Jedną z większych niewiadomych przed sesją poniedziałkową była aktywność graczy po długim okresie świątecznego leniuchowania. Bez mobilizacji kupujących najbliższy opór w postaci linii tempa (łącząca lokalne szczyty z ostatnich kilku tygodni) mógłby bowiem na dłużej zatrzymać indeks poniżej 2000 pkt. Ewentualne osłabienie, i to na początku miesiąca, wywołać musiałoby ogromne rozczarowanie. Jednocześnie trudno sobie wyobrazić lepszy początek "efektu stycznia" niż wyjście górą z formacji, która sama w sobie zapowiada kłopoty.
Sesja poniedziałkowa zaczęła się od planowego uderzenia kupujących, lecz na pokonanie górnego ograniczenia klina rynkowi nie starczyło siły, a może kapitału, nieobecnego dziś na GPW. Górny cień świecy nie wygląda najlepiej i musi budzić obawy o powtórkę z pierwszej i trzeciej dekady grudnia 2004 r. Sytuację ratuje niewielki obrót, który jest o wiele za mały jak na sesję przełomu i zalążek spadającej gwiazdy.
Zatem na razie indeks pozostaje we wnętrzu klina i można wciąż żywić nadzieję, że wybicie z niego nastąpi w tym mniej oczekiwanym (z punktu widzenia analizy technicznej) kierunku. W dłuższej perspektywie wyzwaniem dla popytu stałaby się wówczas strefa 2035-2050 pkt, gdzie znajdują się górna granica kanału hossy oraz linia wewnętrznego trendu, towarzyszącego indeksowi od maja 2003 r. Zachowanie wskaźników szybkich dopuszcza dalszy wzrost. Oscylatory są silnie wykupione, ale ważniejsze przy tym jest to, że wzrost odbywa się bez negatywnych dywergencji.
Wykres tygodniowy notuje nowe maksimum zdobyte długim białym korpusem, straszy nieco zasięg wzrostu z dużego 2,5 rocznego "W", który wypełnia się na naszych oczach. Jednak tego typu formacje przede wszystkim odwracają trend, a zasięg najczęściej bywa kwestią drugorzędną. Pogląd ten potwierdza ostatnie przełamanie 62-proc. zniesienia, co otwiera drogę do odrobienia całości strat poniesionych przez indeks w latach 2000-2001.