Ostatniego dnia 2004 r. na Nasdaq obracano akcjami 3271 spółek, czyli o 1,9% mniej niż w 2003 r. Natomiast na konkurencyjnej New York Stock Exchange (NYSE), gdzie notowane są papiery największych amerykańskie korporacji, liczba firm prawie się nie zmieniła.
Spadek liczby firm notowanych na Nasdaq może nie wydawać się zbyt duży, ale ma poważne konsekwencje dla inwestorów. Pula spółek, w które można lokować pieniądze na tym rynku, systematycznie się obniża, a Nasdaq musi sobie radzić z coraz poważniejszą konkurencją. Widać to po ofertach na rynku pierwotnym. Według danych firmy Thomson Financial, spośród 240 debiutów, jakie miały miejsce w USA w 2004 r., na Nasdaq odbyło się 61% takich operacji. 35% firm zaczęło giełdowy byt na NYSE, a 4% na American Stock Exchange. To niekorzystne dane dla Nasdaq, na którym od 1985 r. debiutowało średnio 66,7% spółek, a w 2000 roku aż 90% pierwotnych ofert publicznych odbyło się na tym rynku. NYSE, która w ciągu minionych 20 lat była miejscem 26,9% wszystkich debiutów, udało się uzyskać zaufanie większej niż zwykle liczby zarządów spółek.
Na sytuację na Nasdaq wpłynęła zwiększona aktywność w dziedzinie fuzji i przejęć. Aż trzy czwarte spółek przejętych w ubiegłym roku było wcześniej notowanych na tym właśnie rynku. Nasdaq wciąż musi usuwać z rynku znaczną liczbę spółek. Proces tzw. delistingu objął w ubiegłym roku 58 korporacji, które przestały spełniać stosunkowo liberalne wymogi. To mniej niż 193 spółki "usunięte" w 2003 roku.
Kilka mniejszych korporacji pożegnało się z giełdą dobrowolnie, uznając, że wydatki, jakie trzeba było ponosić, nie były warte korzyści, wynikających z obecności na rynku. Analitycy różnią się w ocenie sytuacji na Nasdaq. Dla jednych jest to przejaw permanentnego kryzysu. Dla innych jest to wciąż "czkawka" po technologicznym boomie z końca lat 90.