Reklama

Tylko WIRR na plusie

Na pierwszej sesji nowego roku WIG20 otarł się o 2000 pkt - wartość nienotowaną od lipca 2000 roku. Później było gorzej. 3,7-procentowa strata to najgorszy miesięczny wynik indeksu od lipca zeszłego roku. 1877,4 pkt, które WIG20 miał na zakończenie wczorajszych notowań, to tylko 3 pkt więcej niż na szczycie w kwietniu 2004 roku.

Publikacja: 01.02.2005 07:10

Połowa efektu

Zachowanie notowań giełdowych spółek na początku 2005 roku w powszechnym odczuciu było zaprzeczeniem efektu stycznia. Indeks WIG20 najwyższą wartość zanotował na pierwszej sesji w roku, po czym w ciągu trzech tygodni stracił prawie 7%.

Mimo że miesiąc kończył się serią sześciu kolejnych wzrostów, to nie udało się odrobić nawet połowy poniesionych strat. Ale im mniejsze spółki będziemy uwzględniać w wyliczaniu styczniowej stopy zwrotu, tym sytuacja wyglądać będzie lepiej z punktu widzenia posiadaczy akcji. O ile strata WIG20 wynosi 3,7%, o tyle MIDWIG obniżył się już tylko o niecałe 1,5%. WIRR skończył miesiąc niemal na tym samym poziomie, na którym zamknął 2004 rok (+0,6%), natomiast Indeks Cenowy wyliczany przez PARKIET zyskał 2,4%. Do historycznego maksimum z 4 października zeszłego roku brakuje już tylko 104 pkt. Efekt stycznia w klasycznej postaci mówi przede wszystkim o przewadze małych spółek nad resztą rynku. Zatem przynajmniej w części warszawska giełda zachowała się zgodnie ze "standardem".

Na marginesie - do słabego zachowania WIG20 nie przywiązywałbym zbyt dużej wagi w kontekście tego, jak wyglądać będzie reszta 2005 roku. Powiedzenie "jaki styczeń, taki cały rok", jak wiele prawd obiegowych, traktuje rzeczywistość niezwykle powierzchownie. Pozostając w tym "klimacie" można stwierdzić, że spadek WIG20 w pierwszym miesiącu roku jest nawet korzystny. Łamie bowiem obowiązujący w przeszłości schemat zachowania warszawskiej giełdy, zgodnie z którym na jesieni kształtują się dołki, wiosną szczyty. Oto budowane na początku roku wierzchołki (1994, 1997, 2000) poprzedzane były efektem stycznia. Skoro zwyżki nie było, nie będzie i szczytu - można stwierdzić. Niestety, rzeczywistość jest trochę bardziej złożona.

W różnych

Reklama
Reklama

kierunkach

Brak wzrostu notowań na GPW może się wydawać tym bardziej frustrujący, że bardzo dobrze wypadły rynki w Pradze i Budapeszcie. Na przełomie 2004 i 2005 roku czeski PX50 po raz pierwszy w historii przekroczył 1000 punktów, z których wystartował w kwietniu 1994 roku. Historyczne rekordy regularnie poprawiał węgierski BUX, przebijając w połowie miesiąca poziom 15 tys. punktów. Ale także indeksy rynków rozwiniętych - m.in. niemiecki DAX, londyński FT-SE 100, francuski CAC-40 - kontynuowały wzrost już po tym, jak WIG20 zaczął tracić na wartości.

Jako powód słabego zachowania naszego rynku najczęściej podawano nikłą aktywność inwestorów zagranicznych, którzy postrzegani są jako główni "sprawcy" hossy w segmencie dużych spółek pod koniec zeszłego roku. Od dalszych zakupów na polskim rynku powstrzymać ich miały dwa czynniki - oczekiwane spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w pierwszej połowie roku (obawy potwierdziły gorsze od oczekiwanych dane makro za 2004 roku - np. wczoraj GUS poinformował, że PKB wzrósł w minionym roku 5,4%, a nie 5,6% jak przewidywali analitycy) oraz wybory parlamentarne i prezydenckie. Jeśli rzeczywiście takie są powody pomijania naszego rynku przez zagranicznych graczy, to utrzymają się jeszcze przynajmniej przez kilka miesięcy. W pierwszym kwartale porównywać będziemy się z bardzo udanym początkiem 2004 roku - produkcja przemysłowa wzrosła wtedy o 14,4%, PKB 6,9%. Również II kwartał zeszłego roku był korzystny dla gospodarki, co powoduje, że porównania tegorocznych osiągnięć mogą wypaść słabo. Ponieważ jednak giełda wyprzedza zjawiska zachodzące w realnej gospodarce, po słabym początku 2005 roku, nie musi to być przeszkodą we wzroście giełdowych kursów.

Obligacje

przed akcjami

Rok 2004 kończył się modą na Polskę. Zanim inwestorzy zagraniczni zaczęli kupować akcje największych spółek giełdowych, zainteresowali się polskimi obligacjami. Pod koniec grudnia rentowność 10-letnich papierów skarbowych spadła poniżej 6%, po raz pierwszy od września 2003 roku. Także obligacje 2-letnie i 5-letnie notowane były rekordowo wysoko. Początek roku przyniósł zakończenie tych korzystnych trendów. Osłabiać zaczęły się obligacje, na wartości - szczególnie w odniesieniu do dolara - tracić zaczął złoty. W połowie miesiąca podaż na rynku skarbowych papierów dłużnych została powstrzymana. Wykresy rentowności obligacji sugerują, że dołki z końca 2005 roku (szczyty na wykresach cen) będą testowane. Ich przełamanie byłoby sygnałem, że jest szansa na powrót mody na polskie aktywa. Zwróćmy uwagę - w czerwcu 2003 roku krajowe obligacje wyceniane już były znacznie wyżej. Na przykład rentowność papierów 10-letnich znalazła się przejściowo nawet poniżej 5%. Ponieważ znajdujemy się prawie dwa lata bliżej strefy euro, ponowny spadek dochodowości do tej wartości nie byłby wydarzeniem nadzwyczajnym. Gdyby nawet niewielka część pieniędzy inwestowanych w obligacje miała trafić na rynek akcji, szansa na drugą kolejną odsłonę hossy byłaby znaczna.

Reklama
Reklama

Zanim jednak korzystny scenariusz dla akcji będzie mieć szansę na realizację, sygnał muszą dać obligacje. Pokonanie zeszłorocznych szczytów to trudne zadanie, ponieważ z komentarzy analityków można odczytać, iż obroty są niewielkie - dużo mniejsze niż w zeszłym roku. Generalnie kapitał zagraniczny trzyma się w tej chwili z daleka od polskich obligacji. Także wykres złotego - szczególnie w odniesieniu do dolara - nie wskazuje, by intensywnie napływał do Polski kapitał z zagranicy.

Dumpingowe

ceny?

Inwestorzy zagraniczni nie są jedyną grupą inwestorów na GPW. Oprócz nich w prowadzonych statystykach obrotu wyróżnia się jeszcze krajowych inwestorów instytucjonalnych i krajowych inwestorów prywatnych. Tych pierwszych, wśród których coraz większe znaczenie mają fundusze emerytalne, stworzone ramy instytucjonalne zmuszają do inwestowania na GPW. Oni kupują na giełdzie w miarę regularnie i najczęściej nie decydują o zmienności rynku. Używając języka statystyki: za odchylenia od trendu odpowiadają gracze zagraniczni i inwestorzy indywidualni. "Zagranica" wybiera w tej chwili inne rynki, mniejsi gracze krajowi wolą z kolei rynek pierwotny. Szczególnie chętnie biorą udział w ofertach organizowanych przez Skarb Państwa, ponieważ można na nich zarobić. Różnica między ceną akcji PKO BP na rynku pierwotnym i pierwszymi transakcjami na GPW wyniosła prawie 20%, dla Zelmera przekroczyła 30%. Jednocześnie redukcje zapisów w obydwu ofertach przekroczyły 90%. Odkąd ministrem Skarbu Państwa został Jacek Socha, sprzedaż akcji państwowych firma znacznie przyspieszyła, ale ceny, po jakich doszło do transakcji wydają się dość niskie. To odciąga inwestorów od rynku wtórnego, jednocześnie umacnia przekonanie, że na pierwotnym zawsze się zarabia. Zawieszają poprzeczkę nowym firmom bardzo wysoko. W takiej sytuacji bardzo łatwo o rozczarowanie, którego skutki odczujemy także na rynku wtórnym. Dodatkowo, oferty Skarbu Państwa powodują z reguły tylko zmianę struktury akcjonariatu. Są zatem trochę obok głównego zadania giełdy, którym jest dostarczanie pieniędzy na nowe projekty inwestycyjne.

Ponieważ ministerstwo skarbu zapowiada co miesiąc ofertę na rynku pierwotnym, wypada mieć nadzieję, że kolejne spółki wycenione zostaną stosowniej.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama