Amerykański biznes zwykle chętniej popiera Partię Demokratyczną, ale spółki z Doliny Krzemowej stanowią tu wyjątek. W całym sektorze high-tech zainteresowanie obydwoma partiami rozkłada się mniej więcej po równo.
Sumy przekazane przez pracowników Google demokratom na razie nie są wysokie. To zaledwie ok. 205 tys. USD, a cztery lata wcześniej, w 2000 r., pracownicy raczkującej dopiero spółki zdobyli się na zaledwie 250-dolarową darowiznę. Dla porównania: z Microsoftu do ugrupowań politycznych popłynęło w ub.r. 3,1 mln USD, z czego 60% do Partii Demokratycznej. Według Center for Responsive Politics, w całym sektorze zaawansowanej technologii dotacje polityczne wyniosły w ub.r. 25,9 mln USD, z czego 53% popłynęło do demokratów.
Analitycy nie mają wątpliwości, że znaczenie Google na mapie politycznych dotacji będzie w szybkim tempie rosnąć. Po giełdowym debiucie, wśród ponad 3000 pracowników firmy znajduje się wielu milionerów, którzy będą chcieli wpływać na decyzje w tak kluczowych dla przemysłu kwestiach, jak podatek od transakcji internetowych czy "eksport" miejsc pracy za granicę USA.
Przyczyn jednolitych poglądów pracowników Google należy upatrywać w lokalizacji firmy. Okolice San Francisco i Doliny Krzemowej, gdzie ma swoją siedzibę Google, gremialnie poparły w listopadowych wyborach kandydata demokratów Johna Kerry'ego.
(Nowy Jork)