Wczorajsza sesja to potwierdzenie tego, jak mocno interesuje się nami gorący kapitał zagraniczny. Zielone światło do rekordów dały moim zdaniem głównie dane o inflacji. Dzięki nim "dyktat zagranicy" na rynku akcji może trwać nieco dłużej. Perspektywa głębszych obniżek stóp znowu w krótkim terminie przyciągnie do Polski świeży zagraniczny kapitał, a ten z reguły odpryskiem trafia na rynek akcji. Tak szybką reakcję na wtorkowe dane wymusił też węgierski BUX, który wszedł w małą hiperbolę. Warto przy tym zauważyć, że nasz bratanek od sylwestrowej sesji zyskał już 15%. My w tym czasie dorzuciliśmy niecałe 2% na WIG20. Zresztą, tak jak już wcześniej o tym pisałem, podobnie wypada porównanie do pozostałych ważnych parkietów z wyłączeniem jedynie rynku amerykańskiego. My tylko gonimy liderów, a nie nim jesteśmy.
Oczywiście, pożywką dla byków była też analiza techniczna, a konkretnie przebicie styczniowych szczytów. Nie mogliśmy długo uporać się z tymi oporami, a wczoraj nie dość, że pękły dość gładko, to jeszcze przy gigantycznych obrotach przekraczających niemal miliard złotych (WIG20). Warto zauważyć, że ostatni raz zdarzyło się to tylko... w lutym 2000 r., czyli na miesiąc przed szczytem hossy. Ale zanim to nastąpi, musimy zobaczyć albo "dzień odwrotu", albo euforię, albo mocną przecenę. Cokolwiek by sugerować, będzie to oznaczać albo zbytnią pewność optymistów (czego nie sugeruje ujemna baza), albo powrót podaży na rynek. Bez takiego sygnału zgadywanie szczytu to hazard.
W mojej ocenie sporo spółek jest przewartościowanych, ale po takiej sesji jak dzisiejsza pesymizmu zalecać nie można, bo w tej chwili bliżej nam do euforii. A więc ryzyko pomyłki w porównaniu z potencjalnym zyskiem jest w tej chwili zbyt duże. Nawet jeśli mamy szczyt, to zaczniemy spadki od powolnego osuwania.