Inwestorzy w dalszym ciągu skupiają się na niekorzystnych informacjach napływających na rynek. Zmiana marki Idea na Orange wywołała przecenę walorów TP, a oczekiwanie na słabe dane o produkcji przemysłowej nie pozwoliły na wyraźniejszą poprawę notowań na całym rynku. To, że przebieg wczorajszej sesji w Warszawie był wierną kopią tego, co działo się w Budapeszcie (a może na odwrót?) przekonuje o wciąż dużym znaczeniu decyzji podejmowanych przez globalny kapitał bardziej w odniesieniu do poszczególnych regionów świata niż pojedynczych krajów. To również tłumaczy, dlaczego pomimo osłabienia w ostatnich dniach dolara złotówka wciąż nie może się pozbierać, a obligacje w naszym regionie zupełnie nie reagują na spadek rentowności papierów skarbowych w USA i Eurolandzie.
Ukształtowane na wykresie indeksu cenowego dwóch coraz niżej położonych dołków i przełamanie średniej kroczącej z 250 sesji to mocne argumenty przekonujące, że giełda znalazła się w objęciach niedźwiedzi. Szerokość spadającego rynku pozostaje duża. Świadczą o tym nowe minima na wykresie wskaźnika A/D Line. Wczoraj również blisko połowa więcej spółek z indeksu WIG poszła w dół niż w górę. Wczorajszemu odbiciu towarzyszyły skromne obroty, które nakazują zaklasyfikować je jako ruch powrotny do przebitego w poniedziałek zarówno przez WIG, jak WIG-Banki i WIG20 marcowego dołka.
Kluczowym czynnikiem determinującym koniunkturę na warszawskim parkiecie jest przebieg zdarzeń na giełdach za oceanem. W odniesieniu do nich możemy jednak stawiać bardziej pytania o tempo zniżki niż o przyszły kierunek notowań. Sprzedający, po przełamaniu bariery przy 1160 pkt, nie powinien mieć problemów ze sprowadzeniem S&P 500 w rejon 1060 pkt. To oznacza zniżkę o ponad 7% z obecnego poziomu. Biorąc pod uwagę, że od tegorocznego szczytu indeks spadł już 6,5%, a największa zniżka w okresie od początku 2004 r. wyniosła ok. 8%, musiałoby to wywołać zaniepokojenie posiadaczy akcji i wzmóc ich podaż. To wzmogłoby obawy o możliwość utrzymania się w tym roku wskaźnika ponad dołkiem z 2004 r.