W piątek przez dłuższy czas na rynku terminowym zapowiadało się, że będziemy świadkami odbicia. Co prawda, bardzo słabego i budzącego jak najgorsze skojarzenia, ale jednak odbicia. W końcówce jednak górę wziął strach przed weekendem (długim dla niektórych inwestorów) i początkowe zyski w znacznej mierze zostały roztrwonione.
Sytuacja techniczna na wykresie dziennym czerwcowych kontraktów na indeks WIG20 nie budzi obecnie żadnych wątpliwości. Rynek znajduje się w silnym trendzie spadkowym. Wskazują na to liczne sygnały sprzedaży. Do ich wygenerowania doszło na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Najsilniejszym z nich było przełamanie 14 kwietnia br. ponad dwuletniej linii trendu wzrostowego. Jeżeli dodamy do tego duże, bo ponadroczne negatywne dywergencje na RSI czy MACD, to oczywiste staje się, że bessa wróciła do Warszawy.
To, czy potrwa ona do jesieni, czy też może do wiosny przyszłego roku, to już kwestia do dyskusji. Biorąc jednak pod uwagę skalę zwyżki, jakiej rynek doświadczył przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy, trzeba przygotować się przynajmniej na spadek kontraktów w okolice 1600 pkt. A to musi oznaczać kontynuację spadków jeszcze przez dwu, może trzy miesiące.
Krótkoterminowa sytuacja posiadaczy długich pozycji jest fatalna. Trzy długie czarne świece sprowadziły notowania do wsparcia tworzonego przez dołek z 24 stycznia br. (1840 pkt). Jego pokonanie jest dość prawdopodobne, pomimo że krótkoterminowe oscylatory sygnalizują już znaczne wyprzedanie. Popyt musiałby mieć silne argumenty w postaci poprawy koniunktury na światowych giełdach, żeby obronić ten poziom. Dlatego też bezpieczniej założyć pokonanie opisywanego wsparcia i oczekiwania ewentualnej korekty odłożyć o kilka dni (być może po 5 maja br).