O sesji GPW nie ma sensu pisać. Wróćmy lepiej do rynku nieruchomości w USA, z którego ostatnie dane przeszły bez większego echa. Z jednej strony słusznie, bo za dużo, za często i zbyt pesymistycznie mówiono o tym rynku od wielu miesięcy. Z drugiej jednak strony sugeruję spojrzeć na rynek nieruchomości przez pryzmat inflacji, której gwałtowny wzrost zapowiada choćby tylko sprzedaż nowych domów. Oczywiście nie jest to argument tak medialny i tak czytelny jak kurs ropy, więc część analityków go niedocenia.
W marcu sprzedaż nowych domów wzrosła o ponad 12%. Szokująca wartość i szokujące (rekordowe) też poziomy. Jeśli na te dane z ostatnich 50 lat nałożyć inflację, to rysuje nam się dość wyraźna zależność. Mniej więcej w 1-2 lata po rozpoczęciu gwałtownego wzrostu sprzedaży nowych domów, dynamicznie zaczyna rosnąć też inflacja. Jej szczyt na początku lat siedemdziesiątych wypadł w dwa lata po szczycie sprzedaży nowych domów. Gwałtowny zwrot na rynku nieruchomości inflacja odwzorowała także w 1975 r., oczywiście z dwuletnim opóźnieniem. Ten sam schemat mieliśmy na przełomie lat 70. i 80., po raz kolejny przy gwałtownym wzroście sprzedaży nowych domów w połowie lat 80. i przy załamaniu sprzedaży na początku lat 90.
Natomiast obecnie mamy do czynienia z niespotykaną dotychczas sytuacją, że bezprecedensowy w historii wzrost sprzedaży nowych domów (1,431 mln - niemal dwukrotnie więcej niż średnia z 50 lat) obecnie nie jest (dostatecznie) odzwierciedlany przez inflację. To zagadka równie trudna, jak niska rentowność obligacji, czego nie potrafi przecież wyjaśnić sam Greenspan. Historia jednak bardzo wyraźnie pokazuje, że coś jest nie tak. Inflacja już teraz powinna zacząć gwałtownie rosnąć, wymuszając kolejne podwyżki stóp i hamując gospodarkę.