Gdy Marek Belka obejmował rządy w maju ub.r., gospodarka przeżywała okres boomu związanego z wchodzeniem Polski do Unii Europejskiej. Konsumenci ruszyli na zakupy, a przedsiębiorcy robili co mogli, żeby sprzedać jak najwięcej towarów przed 1 maja. Gwałtowny wzrost popytu był spowodowany z jednej strony niepewnością związaną z naszą akcesją, a z drugiej - zmianą niektórych przepisów, m.in. o VAT.
W efekcie wskaźniki makroekonomiczne wystrzeliły. W kwietniu dynamika sprzedaży detalicznej przekraczała 30% w ujęciu rocznym. Wzrost produkcji przemysłowej wyniósł prawie 22%. Wyraźne ożywienie było też widoczne w handlu zagranicznym. Tempo wzrostu eksportu osiągnęło poziom 29%, a importu - 37%. Cała gospodarka rozwijała się w II kwartale w tempie 6,1%.
Teraz ponosimy konsekwencje tamtego boomu. Gdy porównujemy wskaźniki gospodarcze do sytuacji sprzed roku, zazwyczaj otrzymujemy ujemną dynamikę. Niemal w każdym wypadku wyniki są gorsze niż rok temu, gdy gabinet Marka Belki rozpoczynał działalność.
Dotyczy to np. produkcji, która w marcu, po raz pierwszy od sierpnia 2002 r., zanotowała spadek w ujęciu rocznym (o 3,7%). Sprzedaż detaliczna była o 0,3% mniejsza niż przed rokiem. Wśród ekonomistów coraz częściej słychać głosy, że wzrost gospodarczy w I kw. mógł spaść poniżej 3%. GUS już zapowiedział, że w okresie styczeń-marzec gospodarka rozwijała się wolniej niż w IV kw. 2004 r. (3,9%).
Głównym powodem takiej sytuacji jest efekt statystyczny: na początku ub.r. mieliśmy bardzo silny wzrost, więc teraz mamy spadki. Ale w przypadku słabego popytu konsumpcyjnego dochodzą też inne elementy: utrzymywanie się bardzo trudnej sytuacji na rynku pracy i spadek realnych wynagrodzeń. Osłabienie popytu z tego powodu jest tylko w części rekompensowane korzystnym wpływem dopłat bezpośrednich dla rolników.